Persefona

To jest moja opowieść na czas Adwentu. Gdyby była tekturowym pudełkiem, jak jedno z tych, które starzeją się w piwnicy, na jej dnie leżałaby mapa Europy sprzed dziewiętnastu lat. Zaznaczona na zielono trasa doprowadziła mnie wtedy na dworzec kolejowy w Neapolu.

Była noc – taka, jakie zdarzają się tylko na początku sierpnia. Jechałam na Południe, poddając się bezwiednie tej samej co zawsze sile; po trzydziestu dwóch godzinach podróży miałam za chwilę wsiąść do ostatniego już pociągu, i dojechać nad ranem na dolną krawędź Europy.

Na mapie ułożyłabym szerokie żółte bilety, którymi wachlowaliśmy się w słabo oświetlonym kącie peronu, opakowanie po chrupiących herbatnikach Mulino Bianco i serwetkę z logo dworcowego baru. Było nas ośmioro: siedziałam na walizce, koło mnie koczowała czteroosobowa grupka włoskich skautów, wracających z jakiejś wyprawy; na ławce rozmawiały dwie starsze Szwedki; obok nich, na ciemnym płóciennym worku, siedział siwowłosy mężczyzna, Amerykanin, jak się później okazało. Nie znaliśmy się jeszcze, łączyło nas jedynie beztroskie oczekiwanie, zajmowaliśmy się spokojnie własnymi sprawami.

W pudełku powinien się znaleźć także letni rozkład jazdy pociągów, ale musiałby mieć konsystencję chmury. Krótko po północy zaczęły bowiem rozbrzmiewać komunikaty o opóźnieniu, dziesięć minut, trzydzieści, godzina. Na peronie było gorąco i duszno, ale opustoszały dworzec nie zachęcał do spacerów. Siedzieliśmy więc, rozprostowując tylko czasem nogi, ocierając pot z czoła. W tym samym czasie z maleńkiego komisariatu po drugiej stronie peronu wyszło dwoje policjantów, zatrzymali się na chwilę przy śpiącym na podłodze mężczyźnie i poszli dalej na nocny obchód. Tak więc pociąg jechał gdzieś, opóźniony, wzdłuż wybrzeży Kampanii, my siedzieliśmy w upalnym półmroku, a mężczyzna i kobieta w eleganckich mundurach szli wolnym krokiem w naszym kierunku. Zachowałabym ich plakietki, które załamując światło dworcowych lamp połyskiwały z daleka jak królewskie ordery, przenosząc całą scenę w cudowny wymiar baśni.

“Wszystko w porządku?”, zapytali po chwili, obejmując wzrokiem nasze porozrzucane bagaże. “W porządku”, odpowiedzieliśmy, zaskoczeni ich troską. “W razie problemów przyjdźcie do nas”, dodał policjant, wskazując na drzwi komisariatu. W tej samej chwili w głębi dworca rozległy się krzyki, ktoś uciekał, ktoś kogoś gonił, policjanci odwrócili się i ruszyli biegiem wzdłuż peronu.

Patrzyliśmy w milczeniu na krótką pogoń i ożywioną dyskusję, jaka po niej nastąpiła. Wszystko działo się w zamkniętej chwili oczekiwania, poza linią czasu, nie umiem więc powiedzieć po ilu minutach Amerykanin odezwał się do mnie. “Widziałaś ją?”, zapytał cicho, a jego głos lekko zadrżał, pomyślałam, że to ze zmęczenia albo starości, skąd mogłam wiedzieć, że to wzruszenie, jak mogłam przypuszczać, że oto na moich oczach wypełnia się cudzy sen. “Kogo?”, zapytałam. “Persefonę”, odpowiedział.

Podniósł się i zaczął rozwiązywać płócienny worek. Co jakiś czas spoglądał na mnie, otwierał usta i nabierał powietrza, ale później uśmiechał się tylko, jakby chciał powiedzieć coś, co przerastało jego zdolności. Wyjął z worka zeszyt i usiadł na chłodnej posadzce. Zeszyt położyłabym na samym wierzchu pudełka, ale chcę wierzyć, że nadal wędruje po świecie w płóciennym worku, albo odpoczywa wśród równych sobie skarbów. Amerykanin zaczął szybko przerzucać kartki: widziałam przesuwające się szybko kolorowe reprodukcje, powklejane albo ułożone luźno jak zakładki, rysunki, artykuły powycinane z gazet, zapiski ołówkiem, zapiski piórem, mnóstwo zapisków. Kartki sklejały się i nie chciały przekręcać, dłonie chwytały je mocno, gięły, gniotły, nadrywały, szukając czegoś nerwowo. Wreszcie znalazły.

To była pocztówka, trochę wyblakła, brzegi postrzępiły się w kilku miejscach. Ciemnooka Persefona pędzla Rossettiego, nieziemskiej urody bogini, z owocem granatu w dłoni: już go nadgryzła, wydając na siebie wyrok, patrzy teraz przez okno na świat żywych rozciągający się poza Hadesem. Gęste, ciężkie, kruczoczarne włosy, opadające na boki w nieprawdopodobnych falach, i usta, ciemnoczerwone, wysokie, przedziwnie wygięte w dół. To była ta sama twarz! Usiedliśmy wszyscy wokół zeszytu i przenosiliśmy w milczeniu wzrok z pocztówki na policjantkę: nawet jej dłonie, nawet szyja wystająca znad wyprasowanego kołnierzyka były pełne tej samej melancholii. Nieobecny wzrok, jakiś niewyjaśniony południowy smutek.

Co czuje człowiek, który po latach wędrówki znajduje to, czego szukał? Przy pocztówce z Judytą Klimta dopisany był adres paryskiej restauracji i data 1987; Narcyz Caravaggia: targ rybny w Amsterdamie, wiosna 1978; przy Dziewczynie z perłą Vermeera, wyciętej z gazety, napisane było po prostu “Jeannie”. Ile lat, ile podróży, miast, ile par oczu, ile dłoni, ile wzruszeń! Układam w pamięci tamte chwile między nocą a świtem, siedzimy na dusznym peronie i spoconymi, brudnymi od drogi palcami odciskamy na zmęczonych kartkach ślady naszego zdumienia.

Przez wiele lat opowiadałam o tym człowieku jak o niegroźnym szaleńcu, o wytrwałym dziwaku, który ucieka od życia, dając się zwodzić błędnym ognikom. Teraz, po latach, dociera do mnie powoli jego prawda – to Everyman, l’uomo comune, każdy z nas. Bo czy nasze życie jest czymś więcej, niż szukaniem twarzy? Twarzy gdzieś już wcześniej widzianych, twarzy wyśnionych z głodu, z zimna, z samotności? Szukamy ich z mapą, albo po omacku, a kiedy je znajdziemy, czas zatrzymuje się na chwilę, po czym pęka jak wielka mydlana bańka. Choćbyśmy nie wiadomo jak mocno chwytali je w dłonie, wplątywali się w ich włosy, możemy tylko oblewać je miłością, patrząc jak odchodzą.

Gdyby ta opowieść była tekturowym pudełkiem, pozostałaby na zawsze niedomknięta – jak nadzieja, jak to coroczne oczekiwanie na cud, ufność, że zjawi się Twarz, która nie przeminie, która zostanie, zamykając w sobie wszystkie pozostałe twarze, przemawiając ich ustami, patrząc na nas ich wzrokiem. Przed nami dwadzieścia cztery dni i jedna noc.

____
na obrazie: Dante Gabriel Rossetti, Persefona, 1874 [fragment]

Dodaj komentarz