Wyszedł wcześniej niż zwykle, chociaż dolałam mu wina: pozostało nietknięte w zielonym kieliszku. Zbiegł po schodach, cicho zamknął furtkę, odjechał.
Przez całą noc padał deszcz. Wstawałam kilka razy, żeby uchylić okno, ale za każdym razem wiatr zamykał je z trzaskiem, rosząc przy tym obficie parapet i porozrzucane po nim książki; wreszcie dałam spokój, chociaż nie mogłam zmrużyć oka przez wiosenną duchotę. Akurat dzisiaj, kiedy powinnam porządnie wypocząć.
Dzień wstawał powoli, szare światło wlewało się do pokoju i wydobywało z ciemności moją wyprasowaną na gładko zbroję: grafitowy żakiet wisiał na drewnianym wieszaku, spod niego wystawała plisowana spódnica. Biała koszula z żabotem na oparciu krzesła, na podłodze para lakierowanych pantofli. Bardzo przekonujące.
Wyłączyłam budzik, umyłam twarz, spięłam włosy ciężką spinką; czas stał w miejscu, poranne rytuały zdawały się wyrastać z zamglonej końcówki snu. Ubrałam się wreszcie i przejrzałam w lustrze. Obca kobieta. Uśmiechnęłam się do niej.
Przed dziewiątą zeszłam na dół, stanęłam pod daszkiem. Krople deszczu spadały teraz powoli i prawie bezgłośnie. Nadjechał samochód, wsiadłam.
– Gotowa? – zapytał.
– Jak zawsze – odpowiedziałam.
– Musimy to dziś zakończyć. Za bardzo z nami pogrywają. Jeden podpis i po krzyku. Musimy to dziś zakończyć – powtórzył, wpatrując się w mój jedwabny żabot. Jechaliśmy zatłoczoną Marszałkowską, samochód ruszał i zatrzymywał się, szarpiąc nami jak w jakimś marnym miejskim rodeo. – Nie tak nerwowo – rzucił do kierowcy.
Spojrzał na mnie z powagą i ledwie wyczuwalnym wahaniem.
– Liczymy na ciebie.
– Wiem, co mam robić. – Pantofle uwierały mnie w palce i wbijały się w skórę twardą krawędzią.
– Wystarczy nam cokolwiek. Włos, bilet. Cokolwiek.
– Wiem, co mam robić – powtórzyłam.
Byłam spokojna. Patrzyłam na rozmazane sylwetki na chodniku, nie drażniło mnie to jego bębnienie palcami w szybę i w kolano, ani te jego rozbiegane spojrzenia, pochrząkiwania, to niedowiarstwo w jego oczach. Dopiero kiedy weszliśmy do firmy i szliśmy przez jasny hall pełen ludzi z kubkami kawy w dłoniach, kiedy zaczęli nas poszturchiwać i poklepywać po plecach, dopiero wtedy zaczęłam mieć wątpliwości. A jeśli zawiodę, jeśli mi się nie uda? Ostatnio wszyscy stali się tacy czujni, nie pozwalają sobie na najdrobniejszą chwilę nieuwagi.
– Powodzenia. – otworzył przede mną drzwi do sali na piętrze, przepuścił mnie przodem.
W sali byli już wszyscy. Tłoczyli się wokół długiego stołu, który wczoraj po południu polerowaliśmy bezbarwną maścią, wyglądał jak drewniane lustro, jezioro, jak przejrzysta kałuża.
Od razu wiedziałam o kogo chodzi. W głębi sali, oparty ramieniem o framugę okna, stał jasnowłosy chłopak w wąskim garniturze. Przyciskał do siebie skórzaną teczkę. Kieszeń pusta, żadnych guzików, włosy gładko przycięte. Przegub bez zegarka. Rozmawiał z naszą księgową z parteru, tą, która przyszła do pracy w zeszłym roku po wielkim krachu i od razu wiedziała co zrobić, żeby się wybić.
Podeszłam do nich. Chłopak odsunął się lekko w tył, ale przywitał się jak należy. Kąciki ust drżały mu lekko, tak jak dłoń, którą mi podał z dobrze skrywaną niechęcią. Bał się. To dobrze. Wszystko musi być dziś podpisane, od tego zależy cała przyszłość firmy. Moja przyszłość, bo nikt nie płaci mi tak jak oni.
Mówili o pogodzie. Dziewczyna skarżyła się na sine chmury, na błoto przy krawężnikach. Chłopak przytakiwał z roztargnieniem. Ściskał coraz mocniej skórzaną teczkę, przytulał ją do siebie. Metalowa klamra przytwierdzona była ledwie widocznymi śrubkami. Mankiety bez spinek, krawat ciasno związany pod szyją.
– Może usiądziemy? – wjechał wózek z kawą i herbatą, białe filiżanki stały w równych rządkach, łyżeczki dzwoniły cicho, para układała się w podłużny obłok.
Chłopak usiadł przodem do okna, ja dokładnie naprzeciwko. Gdybym się podniosła i wyciągnęła ramię, mogłabym dotknąć jego teczki. Przysunął ją bliżej siebie. Wyjął pióro w czarnej oprawie, przez chwilę trzymał je tuż nad powierzchnią stołu. Wpatrywałam się w nie jak w hipnozie, jego dłoń znieruchomiała, pióro zawisło równolegle do blatu, który podwajał je swoją lustrzaną mocą, trwało to bardzo długo, zbyt długo, podniosłam zdziwiona wzrok: oczy chłopaka patrzyły prosto na mnie, nie było już w nich podejrzliwości, ale głęboka pewność, chwycił mocniej pióro i zdecydowanym ruchem włożył je znów do teczki, zatrzasnął klamrę, położył na teczce splecione dłonie.
Podziękował za kawę, już wypił w domu, herbaty też nie, nie teraz. Dziewczyna popchnęła wózek dalej, rzucając mi pytające spojrzenie. Nie mogę nic zrobić. Nic.
Zaczęli rozmawiać. Potoki liczb, które nigdy nic mi nie mówiły, szeleszczące płachty papieru, czerwone kreski wędrujące po współrzędnych jak majowe wstążki. Rozglądałam się wokół szukając pomocy, natchnienia, olśnienia. Poważne głosy nakładały się na siebie, przekrzykiwały, przeczyły, dziesiątki zadbanych dłoni przesuwały dokumenty, starannie pozaczesywane włosy odbijały światło neonówek, na żakietach i marynarkach dosychały resztki deszczu.
Coś mnie załaskotało z tyłu głowy, spojrzałam znów na chłopaka, jego ramiona były zupełnie suche. Gdzieś musiał zostawić płaszcz, albo szeroki parasol. Obiegłam salę wzrokiem, pusto, musi być gdzieś na zewnątrz. Czułam na sobie badawcze spojrzenia, jest ich tu wielu, nas tylko troje.
– Przepraszam państwa na chwilę – wstaję, odsuwam krzesło, obcasy dudnią na nagiej posadzce.
Wędrują za mną wszystkie oczy. Okrążam stół, staram się patrzeć tylko przed siebie. Idę w kierunku drzwi. Dokładnie w chwili, kiedy skręcam, dostrzegam przy wejściu ciemną plamę. Z każdym krokiem robi się coraz wyraźniejsza, próbuję uspokoić serce, wyciszyć oddech, ale nad ciałem nie da się tak łatwo zapanować. Łapię szybko powietrze, to niemożliwe, nie mogli się aż tak pomylić, to pułapka, takich błędów się nie popełnia. A jednak kontury są już zupełnie ostre, w pozłacanym wazonie ocieka wodą wysoki, czarny parasol. Jeszcze trzy kroki, skąd mam mieć pewność, że należy do niego? Odpowiedź przychodzi zanim jeszcze myśl układa się w pytanie: chłopak z głębi sali widzi co się dzieje, w jego źrenicach rodzi się przerażenie. Nie dopilnował. Podnosi się natychmiast i bez słowa rusza w moim kierunku, ale ja już chwyciłam parasol i naciskam na klamkę, wszyscy milczą, patrzą na mnie, na niego, znów na mnie.
Wybiegam na korytarz, drzwi zamykają się z głuchym uderzeniem, wszędzie pełno zaskoczonych twarzy, „udało ci się?”, pytają i nie wierzą, biegnę po miękkiej wykładzinie, lakierowane buty wbijają mi się w skórę, żabot kołysze się na boki, wbiegam w lewo po schodach, jeszcze tylko pół korytarza, z owtartych biur wychylają się głowy, „udało ci się!”, zdają się wołać, ktoś głośno krzycząc biegnie przede mną, puka w zielone drzwi; kiedy nadbiegam są już otwarte.
Czeka na mnie. Z zielonej sukni unosi się mgła. Nadbiegają dziewczęta, kilka par białych dłoni chwyta parasol, niosą go do wielkiego kotła, może to nie mgła, może to para, może sine chmury. Zanurzają go w przejrzystym płynie, przyciskają czarną szpicrutą, nakłuwają srebrną szpilą. Nie patrzę na to, patrzę na zieloną suknię, na lekko pomarszczone czoło.
– Pięknie – mówi do mnie z uśmiechem.
– Udało się – odpowiadam, onieśmiela mnie, słowa z trudem wydobywają się z gardła.
– Co byś chciała?
Zawsze mnie o to pyta, chociaż dobrze wie, o co bym chciała prosić. Patrzy na mnie jak na nieszczęśliwą dziewczynkę.
– Wiesz, że na miłość nic nie dostaniesz. Nie szukaj, dziecko, nigdzie nie znajdziesz.
Pochylam głowę, wstydzę się własnych pragnień.
– Więc… żeby chociaż raz został – proszę ją cicho i podnoszę wzrok. Błagam ją tym wzrokiem. Nie wiem co myśli.
Po chwili znów się uśmiecha. Otwiera wysoką szafę w ciemnym kącie pokoju i przesuwa wąskimi palcami kolorowe buteleczki. Szkło dzwoni i stuka, płyny kołyszą się, mącą. Wyciąga niski flakonik ze srebrną zakrętką.
– Do wody albo do wina – mówi cicho, otwiera moją dłoń i układa w niej czary.
Nie umiem jej podziękować, rzucam się jej na szyję, przytulam jak siostrę, wybiegam na korytarz i gnam prosto do wyjścia. Zbiegam po schodach, poklepują mnie znów po plecach, śmieją się, coś wołają, nic nie słyszę, biegnę, mijam drzwi do sali na piętrze, za którymi krótko przystrzyżony chłopak patrzy z przerażeniem jak jego własna dłoń odpina pancerną klamrę, wyciąga z teczki pióro i składa zamaszysty podpis na rozpostartej przed nim płachcie papieru, wybiegam na ulicę, ciągle pada, zdejmuję lakierowane pantofle, wrzucam je do kosza na przystanku, biegnę przez rozmazane miasto, ściskając w dłoni moją słodką premię, flakonik z wiecznością, jednorazowe krople szczęścia; jedwabny żabot kołysze się na boki.