Dawno temu, kiedy w ogrodzie rósł jeszcze orzech, a jego gałęzie wdzierały się przez okno do naszego pokoju, Dziadek opowiadał nam o bramie, z której na świat wychodzą baśnie. Brama prowadziła na Plac Wilsona, miała żelazne kraty i zakręconą jak liść klamkę. Często chodziliśmy tamtędy na spacer, Dziadek stukał w chodnik szpicem czarnego parasola. Przed wojną nad tą właśnie bramą mieszkał bajarz, który w niedzielne popołudnia siadał w oknie i opowiadał niestworzone historie okolicznym dzieciakom. W jego opowieściach drzewa przy Placu ożywały, dachy zmieniały się w latające dywany, a latarnie były masztami wielkich zatopionych okrętów. Dziadek był w tamtych czasach bardzo młody i czasem wyobrażał sobie, że w przyszłości jego dzieci także będą przybiegać pod okno i słuchać cudownych bajań. Jednak wojna zabrała wszystko: bajarza, bramę, dom, wesołych chłopców. Po wielu latach nowy budynek stanął dokładnie tam, gdzie przedwojenna kamienica. Nocą, przy księżycu, nad bramą zapalało się światło; nieistniejące okno wyglądało jak stare slajdy rzucane na piwniczną ścianę. Z bramy wychodziły wtedy baśnie, których bajarz nie zdążył opowiedzieć, i rozpierzchały się po domach i parkowych ławkach. Tak nam opowiadał Dziadek, i obiecywał, że w którąś z takich nocy zabierze nas na Plac Wilsona, żebyśmy zobaczyły to na własne oczy. Zanim jednak księżyc zdążył odpowiednio wyrosnąć, Dziadek odszedł, a nasze myśli zaczęły wędrować w kierunku innych bram, innych baśni. Minęło wiele lat, wsiadałam do sennych pociągów i jeździłam nimi do dalekich miast, a kiedy wracałam, za każdym razem ubywało dawnych miejsc. Znikały drzewa, koślawe bramy, małe kawiarenki, sklepiki, których cekinowe witryny układały się w wielki bazar. Słowa zmieniały znaczenie, traciły wartość. W tym bezkształcie, śpiewane wiersze Gałczyńskiego błysnęły któregoś dnia jak rubiny na dnie morza, rozsypane w jednej z moich ukochanych piosenek. Usłyszałam ją pierwszy raz w ciemnym teatrze, na drewnianej scenie, nad którą wisiały papierowe gwiazdy, a później na innych scenach, małych i dużych, pod dachem i pod prawdziwymi gwiazdami. Muzyka, jaką pisze Adam Tkaczyk, i głos, którym ją prowadzi, są z tego prawdziwego świata, z tych właśnie okien, które pojawiają się na ścianach jak stare slajdy. Kiedy opowiedział o Lunatyku, z głębi wspomnień od razu powrócił do mnie żoliborski bajarz. Narysowanie okładki do tej płyty to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w tym życiu pełnym niespodzianek. Jest na niej bajarz, który powraca na swoją dawną ulicę, i ze wszystkiego, co go otacza, rozpoznaje tylko latarnie i długie rzędy świateł. Patrzymy na niego stojąc w baśniowej bramie, niedaleko kina Wisła. Sznury świateł po lewej, to ulica Krasińskiego, która przecina Plac Wilsona i wędruje dalej na zachód. Po prawej wiszą światła ulicy Słowackiego. Bajarz-lunatyk jest sam, i w wysokich pastorałach szuka dawnego świata. A dawny świat jest zamknięty w szarej skrzyneczce płyty: jeśli się nią potrząśnie, można usłyszeć rubiny na dnie morza i szmaragdy na dnie oczu, trzciny nad wodą naszej młodości, mruczące koty i płaczące mandoliny. Gałczyński chodził przecież po tych samych chodnikach, co bajarz, kochał te same ulice, dziewczyny, noce, to samo miasto. Lunatyk jest maleńką szkatułką, w której zamknięte są szczęśliwe czasy, i słowa, których nie zdążyliśmy wypowiedzieć w porę, i nadzieja, że tamta chwila może jeszcze powrócić. Jestem nieopisanie wdzięczna za to, że przedwojenny bajarz, kimkolwiek był, mógł powrócić i zamieszkać na tym niezwykłym księżycowym krążku. Niedługo warszawska premiera płyty. Piosenki wędrują teraz wąską ścieżką między dawnym a nowym światem, a ja znów stoję pod bramą: wypatruję czyichś śladów na młodziutkim śniegu.

____
Chodziła Matka Boska po morzu,
Matka Boska, Ucieczka grzesznych,
a księżyc już się w kołysce położył,
a wieczór był wietrzny i śmieszny.
I zjechali się wszyscy grzesznicy
pod stopy Bogurodzicy
łodziami i okrętami.
Dała każdemu po rubinie.
– Będzie świecił ci – mówi – nie zginiesz.
Ucieczka grzesznych, modlę się za wami.
Odpłynęli grzesznicy na głębiny
z sercami krzyczącymi jak orkiestry,
potopiły się w morzu rubiny,
zaplątały się w wodorosty.
W noc pogodną rubinowe lśnienie.
Te rubiny na dnie morza – rozgrzeszenie.
____
K. I. Gałczyński, Ucieczka grzesznych, 1946
Ostatnia, dziewiąta piosenka na płycie zespołu Wyspy Dobrej Nadziei „Lunatyk”
Edit: warszawska premiera płyty odbędzie się 26 stycznia o godz. 19.00 w Centrum Promocji Kultury.