Pierścionek

W sierpniu dziewczyny chodzą po Warszawie w lekkich sukienkach, pszczoły szumią w dzikim winie, a ogrody kapią gęstym sokiem porzeczek. Zofia wyglądała przez okno tramwaju, i patrzyła na senne jeszcze miasto: kołysało się cichym porankiem, ale pod każdym skrawkiem tynku, pod każdym fragmentem skóry, kryło się drżenie. Wracała z dalekiej podróży, wiozła listy i dokumenty ukryte w podeszwie. Poprosiła, żeby posłali ją właśnie tam, na ziemię wołyńską, z której musiała uciec kilka miesięcy wcześniej, po czarnej nocy, która zabrała wszystkich mężczyzn z rodziny. Wraz z ich odejściem, cofnęły się w nicość przezroczyste dusze dzieci i wnuków, które miały się z nich narodzić. Został dom na skraju lasu, głód i strach. Przywędrowała z siostrami pieszo do Warszawy, wycieńczający marsz zostawił na ich nogach sine ślady, które będą nosić przez całe długie życie.

Zofia tak bardzo pragnęła wrócić chociaż na chwilę do rodzinnego domu! Wierzyła, że sny, które ją nawiedzają, przychodzą właśnie stamtąd, ktoś ją wołał, ktoś na nią jednak czekał. A z sadu tuż za kuchennym oknem chciała wykopać małe blaszane pudełko, w którym ukryła z siostrami kilka pierścionków, sznur korali, broszkę z podłużną perłą, skarby ich młodych lat. Miały je wyjąć spod ziemi już po wszystkim, po powrocie, ale teraz siostra Zofii miała maleńkie dzieci, syna i córkę, a mleko w powstańczej Warszawie było cenniejsze niż złoto. Za błyskotki i pamiątki można było kupić go tyle, żeby dzieci podrosły i nabrały sił. Zofia wykopała więc pudełko, przypięła broszki i korale do podszewki cienkiego płaszcza, ponawlekała na nie pierścionki, wszystkie, oprócz jednego, z kwadratowym szmaragdem, ten był dla niej najważniejszy. Założyła go na środkowy palec, bo tak lubiła. Pierścionek zostanie z nią jak wspomnienie miłosnych zaklęć i domu, którego już nigdy więcej nie zobaczy, a później powędruje przez pokolenia kobiet w rodzinie, z dłoni na dłoń.

W sierpniu dziewczyny chodzą po Warszawie w lekkich sukienkach, może dlatego jej jasny płaszcz od razu zwrócił uwagę Niemca, który właśnie wsiadł do tramwaju. Podszedł do niej i jednym ostrym gestem nakazał wysiąść. Za oknami Warszawa budziła się do życia. Zofia powoli stawiała kroki na dudniących stopniach tramwaju. Na chodniku, przy sklepie z warzywami, czekała na nią Niemka w zapiętym na srebrne guziki mundurze. Zofia zapamięta na zawsze każdy szczegół tamtej chwili: czerwoną skórkę jabłek leżących przed sklepem w drewnianej skrzynce, radosne podlatywanie wróbli, zgrzyt kół odjeżdżającego tramwaju. Niemka zadała kilka pytań, po czym nagle rozpięła jej płaszcz. W sierpniowym słońcu błysnęły łańcuszki, oczka, zapinki. Kobiety znieruchomiały.

Stały na chodniku, patrząc na siebie. Zofia myślała o dokumentach w podeszwie, o siostrze, która czeka w dusznym pokoiku, o śpiących pod ścianą dzieciach; o kruchości życia w tym nierównym starciu. „To na mleko dla dziecka”, wyszeptała. Opowiadała później za każdym razem, kiedy nadchodził maj, a na stole pachniały imieninowe bzy, i powtarzała bez końca, i zarzekała się, że w tamtej długiej sierpniowej chwili widziała jak oczy Niemki zmieniają kolor. Jak z szarych i pełnych pogardy robią się zielone. Silne dłonie trzymały jeszcze przez kilka minut pomarszczoną krawędź jej płaszcza, a później opadły. Zofia zastanawiała się często czy Niemka miała dzieci, które gdzieś daleko czekały na jej powrót; pragnęła zrozumieć dlaczego pozwolono jej odejść. Nie wsiadła już do tramwaju, szła najpierw powoli, a później biegła, ściskając poły płaszcza tuż pod sercem, biegła przez miasto, które śniło te same sny, co ona: o czyimś wołaniu, o powrocie do domu, o cichym, jasnym przebudzeniu.

Obracam więc dziś na palcu zielony pierścionek: za poszarpane losy, za pozszywane miasto, za wiarę, która nie gaśnie.

38071432_271658080286997_8917218452939210752_o

Dodaj komentarz