O PTAKU ZAKLĘTYM W KAMIEŃ

Kiedy nadchodziła wiosna, Babcia owijała się chustą i schodziła z nami do ogrodu. Krawędzie spódnic ciemniały nam od mokrej trawy. Szłyśmy wzdłuż muru, wśród pszczół i dzikiego wina, a Babcia snuła poleskie opowieści. Najbardziej lubiłam tę o ptaku zaklętym w kamień.

Któregoś ranka w drzwiach ubogiej chatki stanęła młoda dziewczyna: usta miała jak wiśnie, warkocz ciągnął się po ziemi. Spojrzała w różowe słońce, otuliła się kożuchem i chwyciła koszyk, który stał na ganku. Poszła drogą przez pola, przez las, aż na targ, gdzie można było kupić wszystko. Napełniła koszyk wstążkami, kawałkami płótna, dorzuciła woreczek orzechów. Kiedy wracała, pod pochyłą wierzbą dojrzała zgarbioną postać. Była to zima, która wędrowała w łachmanach żebraczki.
„Mam coś dla Ciebie”, przywołała dziewczynę, i podała jej twarde zawiniątko. Razem rozchyliły haftowane rąbki: w królewskich szmatkach leżał zielony kamień.
„W tym kamieniu śpi maleńki ptak”, powiedziała starowinka. „Obwiąż go pod sercem, kołysz i nie dotykaj. Uwolnij go, kiedy zacznie Ci ciążyć”. Po czym zamknęła oczy i zasnęła.
Dziewczyna stała chwilę z kamieniem w otwartych dłoniach, a poźniej zrobiła co trzeba: zawiązała szmatkę pod sercem, i wróciła do domu. Dni rozpalały się i gasły, jak we wszystkich starych opowieściach, a między nimi zawisały rozgwieżdżone noce. Wstążki w warkoczach, wyszywane spódnice, korale z lekkich orzechów: wszystko parło ku wiośnie, ku tańcom, ku głośnym ptasim śpiewom. Kiedy księżyc urósł i zmalał trzy razy, dziewczyna poczuła, że kamień staje się cięższy. Zaczął ją uwierać; któregoś wieczoru zsunęła koszulę, i zobaczyła na skórze siny znak. Nad ranem wiedziała już, że nadszedł czas.
Wyszła przed próg, rozłożyła rąbki, odsłoniła gładki kamień. Jak wypuścić uwięzionego ptaka? Pójdzie do kowala, kowal umie topić żelazo, przebijać się przez najtwardsze kopyta: pomoże jej rozłupać skorupę. Ale kiedy szła do miasteczka, kiedy z daleka już widziała krzywy dach kuźni, zamyśliła się, i w roztargnieniu wsunęła dłoń pod chustę, między fałdy znoszonej już szmatki, i poczuła niespodziewane ciepło. Przyłożyła palce do powierzchni kamienia. Gdzieś głęboko w środku biło słabiutkie serce.
Dziewczyna zawróciła, szybko pobiegła do sadu, gdzie jabłonie powoli zaczynały wypuszczać młode listki. Przyciskała mocno do siebie zielone zawiniątko. Przeszedł ją dreszcz na myśl, że jeszcze przed chwilą chciała położyć tę kruchą ptaszynę na kowadle. Głaskała ją i pieściła, i szła między drzewami, aż znów poczuła jak wielki nosi ciężar.
Minął nów, i pełnia, a kamień przyginał plecy dziewczyny coraz bliżej ziemi. Z każdym dniem ważył coraz więcej; chodziła okaleczona, z otartą skórą, z trudem stawiała kroki. Czekała, aż ptak sam się uwolni, sam wydostanie się z twardej skorupy. Nocą kładła go w otwartym oknie, z nadzieją, że odleci. Ale kiedy rano wysuwała głowę spod pierzyny, kamień leżał nieruchomo na swoim miejscu.
Inne dziewczęta wołały ją, ciągnęły za wstążki, chłopcy przynosili jej całe garści przebiśniegów. Nawet na nich nie patrzyła, dreptała tylko wokół domu, zgięta w pół, zmęczona, a jej myśli plątały się w ciemny zbity kokon.
Ktoregoś dnia poszła do sadu, i wtedy akurat nadeszła wiosna: szła lekko w kwiecistym przebraniu, pełna wianków i pszczół.
„Co tam niesiesz?”, zapytała.
Dziewczyna otworzyła zawiniątko. „To zwykły kamień”, powiedziała, osunęła się na ziemię i gorzko zapłakała.

Wiosna położyła dłoń na kamieniu i poznała całą jego opowieść.
„Zima ma serce z lodu, nie powiedziała Ci tego, co najważniejsze”, uśmiechnęła się wiosna. „Nie wiesz, że jesteś kobietą, dopóki nie poczujesz miłości”, powiedziała. „A kamień nie wie, że jest ptakiem, dopóki nie poczuje wiatru w skrzydłach”.
Dziewczyna spojrzała z wdzięcznością na wiosnę i posłuchała jej łagodnego głosu. Chwyciła kamień i z całej siły cisnęła nim w powietrze, przed siebie, wysoko, nad zsypane bielą gałęzie jabłoni, nad dachy miasteczka, nad giętkie wierzchołki sosen. Kamień uniósł się łukiem aż pod niebo, a kiedy zaczął opadać, nagle rozłożył skrzydła, jak upierzone żagle, zwolnił, zakołysał się nad sadem, i poszybował dalej. Wiosna założyła dziewczynie wianek z zieloną wstążką, i poszła dalej, pieszo, przez budzące się łąki.

Byłam wtedy mała i szczęśliwa, i nie wiedziałam jak często ta opowieść będzie do mnie wracać. „Kołysz i uwolnij”, mówi do mnie Babcia z dawnego ogrodu, a ja otwieram okno, patrzę jak bzy wypuszczają młode listki, pigwa obrasta w czerwień, kosy wiją gniazda. Pod parapetem odrasta dzikie wino.

Dodaj komentarz