Kiedy grudniowe słońce ostatni raz znikało w gałęziach orzecha, Babcia sięgała po skrzyneczkę z nićmi, wyjmowała z niej złożoną na czworo serwetkę i zaczynała wyszywać wzdłuż jej krawędzi drobne zielone listki. Pochylała się nad haftem, a my siadałyśmy wokół jej fotela i słuchałyśmy baśni. Ich korzenie wrastały głęboko w ziemię, po której Babcia biegała jako dziewczynka, na której pasły się dzikie konie, nad którą wisiały mgły gęste jak mleko. Wspomnienia i legendy mieszały się w tych wieczornych opowieściach, i nie pamiętam już czy dziewczyna stojąca przy oknie, to Babcia, czy któraś z jej sióstr, czy może postać z bajek jej dzieciństwa. W każdym razie była kiedyś dziewczyna, która stała przy oknie i wypatrywała wędrowców na zaśnieżonej drodze.
Jej Babka siedziała za stołem, na szerokiej ławie, i opierała się o nagrzany piec. W jej dłoniach połyskiwała igła: wbijała ją w kawałek jasnego płótna i przeciągała przez nie pętelki czerwonej nici. Czekały w ciepłej izbie aż na kościelnej wieży wybije północ. Przez wszystkie minione lata dziewczyna kładła się spać z resztą rodzeństwa kiedy tylko zachodziło słońce, ale teraz podrosła, jej włosy dotykały ziemi, a usta miały kolor rubinu. Babka powiedziała jej: „Dzisiaj zaczekasz razem ze mną”, a dziewczyna aż podskoczyła z radości na te słowa.
Raz do roku o północy do wszystkich chat w wiosce pukali dwaj wędrowcy. Jeden z nich to Szczodry Rok, przychodził z darem dobrych zdarzeń na dwanaście kolejnych miesięcy, przynosił uzdrawiające słowa, korale miłości, garści wiecznej nadziei. Drugi z nich to Mizerny Rok, zwiastun smutku, niepowodzeń, spraw trudnych i niedokończonych. Trzeba było ich wpuścić i posadzić przy stole, i podać strawę temu, którego dary chciało się przyjąć. Ten, którego się nie nakarmiło, odchodził i nic nie zostawiał domownikom. Wszystko było takie proste! A jednak w miasteczku nie brakowało zmartwień i łez. Dziewczyna często o tym myślała: może rosół jest niezbyt tłusty? Może piernik za krótko dojrzewa? Może piec nie dość rozpalony? Dzisiaj ona zajmie się tą północną wieczerzą, Szczodry Rok zje do syta i odwdzięczy się swoimi najlepszymi darami!
Na kościelnej wieży zadudniły dzwony, dziewczyna zadrżała, spojrzała na drogę zasypaną śniegiem.
– Nikogo nie widać – szepnęła niecierpliwie, przyciskając policzek do szyby.
– Już północ – odpowiedziała Babka. – Zaraz przyjdą.
W taj samej chwili ktoś zapukał. Raz, dwa, trzy, raz dwa, trzy. Pukały jednocześnie dwie dłonie. Dziewczyna okryła się chustą i podbiegła do drzwi. Otworzyła je szeroko i już miała zawołać głośne powitanie, kiedy nagle głos związał jej się w gardle w twardy supełek. Przed nią, na pobielonym progu, stało dwóch wędrowców, dwóch starców z siwymi brodami, w połatanych płaszczach. Byli podobni do siebie jak dwie krople wody: te same ciemne oczy, pomarszczone czoła, te same palce zaciśnięte wokół długiego kija. Dziewczyna stała w sieni i patrzyła na nich bez słowa. Jak ich odróżnić?
Babka podniosła się z ławy i głębokim ukłonem zaprosiła wędrowców do środka. Weszli, zrzucili z ramion przemoczone płaszcze i rozłożyli je na piecu. Usiedli przy stole, tak samo opierając na nim lewe łokcie, tak samo kładąc prawą dłoń pod brodę, tak samo pochylając zmęczoną głowę. Dziewczyna patrzyła pytająco na Babkę.
– Biegnij szybko, przynieś miskę rosołu, do kubka z kogutkiem nalej gorącego mleka, włóż łyżkę miodu i porządnie zamieszaj, na talerzu ułóż kromkę chleba z solą i kawałek piernika. I wyjmij z kosza jabłko, połóż obok chleba. Biegnij!

Dziewczyna pobiegła do spiżarki, nakryła deskę haftowaną serwetką, przygotowała wszystko jak jej kazała Babka i ustawiła obok siebie, i już po chwili stała przy stole z gotową wieczerzą. Babka wzięła od niej deskę i postawiła przed wędrowcem siedzącym bliżej pieca. Odwróciła się do dziewczyny i zawołała:
– Biegnij, przynieś jeszcze raz to samo!
Dziewczyna pobiegła znów do spiżarki i, nic nie rozumiejąc, przygotowała znów wszystko jak trzeba. Wróciła do stołu, a Babka wzięła od niej deskę i postawiła ją przed drugim wędrowcem. Obaj pochylili się nad strawą. Obaj tak samo sięgnęli najpierw po gorący rosół, później po chleb i mleko z miodem, wreszcie po piernik, którego zapach rozpłynął się po całej izbie. Na koniec odgryźli po kawałku jabłka, a jego sok spłynął po ich brodach w tej samej chwili, i ułożył się w taką samą długą kroplę. Po czym wstali, uśmiechnęli się do Babki i do dziewczyny, podziękowali pięknym ukłonem za gościnę, zarzucili na siebie podsuszone płaszcze i ruszyli w kierunku drzwi. Kiedy już mieli wychodzić, odwrócili się na chwilę do kobiet i cicho zaśpiewali kilka słów, które nie zachowały się w pamięci, nie przetrwały do czasów, w których ta opowieść dotarła do naszych uszu. Ich głosy były niskie, głębokie, jakby śpiewało nie dwóch, ale cały chór wędrówców. To była chwila przekazania darów na rok, który się właśnie zaczął. Spojrzeli raz jeszcze Babce i dziewczynie w oczy, i wyszli w ciemną i mroźną noc.
– Nic nie rozumiem, przecież nie da się ich rozróżnić! – zawołała dziewczyna, kiedy znów zostały same.
– Tak to już jest – powiedziała Babka i usiadła na ławie przy piecu. – Można poigrać z losem i nakarmić tylko jednego z wędrowców, ale już po pierwszym dniu okaże się czyje dary wybraliśmy, i trudno będzie żyć widząc wszędzie tylko dobro, albo tylko zło. Zobacz jacy są zgodni, jak razem wędrują przez świat. Ich dary też do siebie pasują. Czasem ich też nie potrafię od siebie odróżnić.
Babka sięgnęła znów po serwetkę. Dziewczyna siedziała w milczeniu na ławie i patrzyła jak babcine dłonie obracają płótno. Po jednej stronie nić układała się w kwiaty i liście, po drugiej w nierówne rzędy supełków. Noc okrywała oba światy za oknem, głos Babci plątał się z zieloną nicią, a my zasypiałyśmy pod ciepłym kocem, kołysane dawną, spokojną pieśnią Szczodrego i Mizernego Roku. Niech będzie jak w baśni, powitajmy nowy rok życia, przyjmijmy obu nieznanych wędrowców: niech nam się wszystkim darzy!