WRACAM DO CIEBIE, JABŁONI

 

1.Preludium

Czasem śni mi się, że wszystko wydarzyło się w tamtym ogrodzie, w pierwszym ogrodzie, w którym rósł potężny orzech i uderzał gałęziami w wysokie okna mojego dzieciństwa; czuję zapach dawnego przedwiośnia, na sznurze przy jabłoni suszy się biała chusta, w glinianej misce woda powtarza ściegi nachylonej trawy. Dziadek ostrożnie kładzie igłę w pierwszym rowku płyty, i z okna na poddaszu płynie trzeszcząca opowieść strun i głosów: ciemne preludium, którego jeszcze nie rozumiem. Babcia gładzi złote liszki leszczyny w głębi ogrodu, tuż przy płocie, za którym w równoległych przestworzach znów wyrasta kamienne wzgórze. Tuż za nim, pustynia otwiera się w ponury bezkres szarego pyłu. Nad Jerozolimą chmury układają się w fioletowe wstęgi i suną tuż przy horyzoncie. Żonę Piłata zaczynają dręczyć niespokojne sny, Magdalena rozplątuje potargane miłością włosy. Czyjeś dłonie ścinają drzewo, przelewają dojrzałe wino. W niemieckim miasteczku, w domu ze skrzypiącą podłogą, długowłosy mężczyzna siedzi w fotelu przed wygasłym kominkiem, czubkiem buta rozgarnia pył po spalonym rękopisie. W popiele toną cienkie maszty nut, bezdźwięcznie zanurzają się w nicość. Za chwilę zacznie się najdziwniejsza z historii, o śmierci i o pustce, o gęstych szkarłatach nocy, o niekończących się pętlach miłości.

2. Pustynia

Magdalena siada w oknie i owija, zamyślona, kosmyk włosów wokół palca, nakłada złote pętle jedna po drugiej, aż dłoń sięgnie czoła, wysuwa wtedy palec, a strumień włosów opada jej na szyję w spiralnych zwojach. Tak właśnie wyglądała rzeka Jordan w tamten upalny poranek, kiedy spojrzał na nią Bóg: jak kosmyk kręconych włosów. Na brzegu kłębił się tłum ludzi. Gromadzili się wokół mężczyzny, który polewał im czoło chłodną wodą. Woda spływała im wzdłuż ciała, zmywając ciemne plamy, jak grudki brudnej farby, niewidzialne dla ziemskich oczu. Opadały na powierzchnię rzeki i unosiły się na niej jak rzęsa na stawie za szkołą. W tę wierzchnią maź, w ten lepki kożuch, Ktoś zanurzył właśnie bose stopy. „Synku”, zawołał do Niego wzruszony Bóg, „synku”, i był to ten sam sen, który opowiadała Babcia w chłodny marcowy wieczór, wyszywając na serwetkach blade przebiśniegi. W jej śnie odeszły mrozy, za oknem dawnego domku biegały dzikie konie, a wąską ścieżką, wśród morza białych płatków, wracał do domu Dziadek. Często jej się śnił, odkąd zabrała go wojna, ale tym razem wydał jej się prawdziwy, stała w oknie i patrzyła jak przechodzi przez most, dotyka gałęzi, „Synku, synku”, woła do małego chłopca, który siedzi na progu i bawi się drewnianym konikiem. Chłopiec poznaje go, serce uderza mu ogromnym dzwonem, mosiężnym, przestwornym, nagle nie jest w stanie utrzymać go między żebrami, zrywa się i zaczyna biec przed siebie, łapiąc powietrze w szeroko otwarte gardło, przeskakuje po kamieniach na drugą stronę rzeki i wbiega do lasu, czuje jak igły wbijają mu się w bose stopy. Babcia odkłada płócienną serwetkę, „Niech biegnie”, mówi, zapominając, że od tamtego snu minęło pół wieku. Jezus rozpoznał głos nad Jordanem, przypomniał sobie twarz, którą widział na początku czasów: dojrzał ją teraz, pochylony, w dostojnym zwierciadle rzeki. Serce uderza Mu mocno, wracają do Niego wspomnienia z pradawnych chwil w ogrodzie, wspomnienia pierwszej garści pyłu, pierwszego oddechu, najpierwszego słowa. Wychodzi z rzeki i idzie przed siebie, na oślep, coraz szybciej, po ostrych kamieniach, prosto w pustkę, w wyschniętą ciszę pustyni. Krawędź brudnego kożucha przykleja Mu się do ramion, wypełza z rzeki i ciągnie się za Nim poplamionym trenem, sunie po twardej ziemi, aż cała powierzchnia wody znów staje się przejrzysta. „Niech biegnie”, mówi Babcia, i znów zanurza igłę w przebiśniegach. 

3. Jerozolima

Żonę Piłata zaczynają nawiedzać niespokojne sny. Jej łóżko stoi puste, za oknem przesuwają się gwiazdy w wiosennych konstelacjach; zwinięta pościel przypomina wysuszone słońcem wzgórza. Siedzi w rogu komnaty i wachluje się szerokim pawim piórem. Chce doczekać do świtu. Ma nadzieję, że jeśli zaśnie w świetle dnia, koszmary nie przyjdą jej szukać. Jeszcze nie wie kim jest człowiek, który jej się śni. Wprowadza niepokój w jej ułożonym świecie: bierze od niej pierścień i powoli uderza dłutem w zielony kamień. Cienka powierzchnia pęka, a pod nią widać grudkę wilgotnej ziemi. Innym razem z kamienia wyfruwa ptak, albo kapie gęste wino. Żona Piłata wie, że coś ją łączy z szorstką ziemią, z trzepotem skrzydeł, ze słodyczą winogron, ale nie może patrzeć jak dłuto niszczy szmaragd, jedyną pamiątkę po krainie, z której przybyła w ten skwar. Wachluje się pawim piórem i czeka. 

4. Weimar

W niemieckim miasteczku, w domu ze skrzypiącą podłogą, długowłosy mężczyzna siedzi w fotelu przed wygasłym kominkiem, czubkiem buta rozgarnia pył po spalonym rękopisie. Palenisko wygląda jak krawędź dalekiej pustyni, w której Ktoś właśnie zanurzył bose stopy. Mężczyzna przymyka oczy: czuje ból w skroniach i w płucach, dokuczliwy, przewlekły ból tworzenia. Za przesłoniętym oknem przejeżdżają dorożki, woźnice pokrzykują, kwiaciarka stoi na rogu z koszem tulipanów i woła ich twarde imię prosto w twarze przechodniów. Ptaki chodzą po dachu. Za ścianą słychać brzęk ustawianych w kredensie filiżanek. Mężczyzna kładzie dłoń na czole: przez ten rytmiczny hałas, przez męczące dźwięki dnia, przebija się cichy głos, który go prześladuje, a którego w żaden sposób nie jest w stanie uchwycić. Pod powiekami wyrasta wąski pokój w jego rodzinnym mieście, na ciemnym krześle, przy oknie, siedzi młoda dziewczyna, i owija wokół palca kosmyk jasnych włosów. „Feri”, budzi go głębokim szeptem, „Feri”; nigdy wcześniej ani później jego imię nie było tak mocno nasączone miłością, robi się gęste, kapie szkarłatnym winem. Dziewczyna opiera się łokciem o drewniany parapet i zaczyna śpiewać prostą piosenkę bez słów, i jest to ta sama melodia, która płynęła z poddasza w ogrodzie mojego dzieciństwa, kiedy zrywałam przebiśniegi, i nie wiedziałam jeszcze nic o życiu, oprócz tego, że pod śniegiem mogą rosnąć kwiaty. Ale mężczyzna siedzący przed kominkiem nie umie jej jeszcze uchwycić i wątpi, czy mu się to uda, przyciska dłoń do czoła, nuty i słowa plączą mu się w głowie w zupełnie niechciane symfonie. Rozgarnia czubkiem buta ciepły jeszcze popiół. 

5. Babcia opowiada o przebiśniegach

Na stole leżała sterta szmatek, skrawków rozmaitych tkanin, starych spódnic, chust, woreczków na zioła. Wyjmowałyśmy szpilki z rozsuwanego koszyczka i upinałyśmy nimi wystawną suknię Marzanny. Spędzałyśmy tak wiele marcowych wieczorów, przyszywając guziki, wstążki, haftując kwietne falbanki. Babcia wiązała włosy w kok, pochylała się nad stołem, wbijała igłę w jasne płótno. Spod jej dłoni rozkwitały blade niciane płatki. Mrok za oknem gęstniał, lepiły nam się od niego powieki.
Przebiśniegi rozkwitały w ciągu jednej nocy, Babcia owijała się wtedy wełnianą chustą i schodziła z nami do ogrodu. Śnieżnobiałe dzwoneczki były zakończeniem baśni o zimie. Zrywałyśmy kilka łodyżek, zaciskałyśmy je w naszych małych dłoniach. Później wkładałyśmy je do szklanego flakonika, który wykopałyśmy kiedyś w ogrodzie przy pniu leszczyny. Ziemia stworzyła je w czasie wielkiej wojny, opowiadała Babcia. Mężczyźni walczyli wtedy na dalekich polach, a kobiety czekały na ich powrót w chatach pełnych mroku i niepokoju. Na początku gońcy przynosili bitewne wieści, ale z czasem przestali się pojawiać; kobiety pisały długie listy, a później darły je na strzępy i pisały nowe, i wkrótce ziemia wokół ich chat usiana była białymi płatkami papieru. Nie umiała dłużej wchłaniać łez tęsknoty, i uczyniła z nich soki, które zaczęły karmić podarte opowieści, aż przemieniły je w kwiaty. W gęstym smutku, w mroku samotności, przebiśniegi wyglądały jak zmatowiałe gwiazdy. Wkrótce z dalekich stron zaczęli powracać mężczyźni: szli pośród białych płatków jak po królewskich kobiercach. Od tamtej pory przebiśniegi wydostają się spod zmarzniętej ziemi, mówiła Babcia, żeby przypomnieć nam o wiośnie, która rodzi się pod lodem, o szczęściu, które ma korzenie w pustce, o bladej kruchości cierpienia. 

6. Pustynia

W odległych krainach dzieciństwa czas nie płynął wzdłuż cienkiej szarej osi, po której suną teraz nasze dni: był zamkniętym ogrodem, drzewa opadały z liści i z owoców, kwiaty kiełkowały i gubiły płatki, orzechy pachniały młodą, gorzką skórką, dojrzewały w piwnicy, i znów leżały w trawie. Pory roku nakładały się na siebie i trudno nam było spamiętać co było wcześniej – cynie czy bzy? Czy najpierw zakopałyśmy zwiędłe mlecze pod szkiełkiem, czy znalazłyśmy przedwojenny flakonik? Czy chory wróbel odfrunął z kartonowej chatki zanim pod jabłonią zamieszkały koty? Czas trwał w miejscu, unosił się warstwami, jakby wiatr poruszał stronice starej księgi. Dlatego w chwili, kiedy Jezus stanął na skraju pustyni i zanurzył bose stopy w gorącym piasku, z okna na poddaszu płynęła muzyka, Babcia głaskała kwiaty leszczyny, a ja zbierałam przebiśniegi, żeby wpleść je w długie włosy Marzanny. Jezus stanął na skraju pustki. Przed nim rozciągała się nicość, bezgraniczna, bezgłośna nicość. Ruszył w nią. Chciał wejść na mgnienie, na jedno uderzenie serca, w każdą pustynię czasu, od nagłej samotności pierwszego człowieka, po zimną noc Twoich zmęczonych oczu. Jeszcze o tym nie wie, ale zajmie Mu to czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Przejdzie przez wszystkie opuszczone domy, wieczorne dworce i przystanki, przez szpitalne korytarze, obdarte klatki schodowe i zamknięte kościoły, przez piaszczyste gościńce i ciemne autostrady, i przez pustynie nagłych próżni, w środku tańca, w wielkim gwarze, w połyskujących cekinach życia. Biegnąc, idąc, czołgając się resztką sił, zostawi znak na każdej z tych ludzkich pustyń. Przemknie też przez skrzypiący pokój z kominkiem. Mężczyzna spojrzy nagle w wystygły popiół i zobaczy na nim ślad dłoni na piasku: niezapisaną pokutną pięciolinię. 

7. Na dnie Twoich oczu

Kiedy siadałam na wilgotnej ziemi w głębi ogrodu, i zakopywałam pod białym szkiełkiem zaplecione mlecze, nie wiedziałam, że zaglądam w Twoje zmęczone oczy. Teraz rozpoznaję tamte wygięte łodygi, drobinki kory, łupinki, płaty mchu. Układają się w otchłań, w której darmo szukać krawędzi. Ogród przerasta w ulicę, ulica w miasto, a miasto przepływa w Wisłę. Jeśli nie zaśniesz, nie przymkniesz powiek, mogę wejść prosto w jej gęste fale, rozsunąć śliskie ławice ryb i nagie ciała syren, i plątaninę jedwabnych wodorostów: na samym dnie, w ciemnym piasku, leży maleńki szmaragd. Upuścił go Jezus, przechodząc przez Twoją samotność. Czasem widzę daleki połysk kamienia – za oknem wstaje świt, a Ty mówisz, że śniła Ci się rzeka. Zanurzam palce w sen o przejrzystej wodzie: zostają po nich srebrne kręgi, rozpływają się w nicość, gasną. 

8. Stół

Szyjemy suknię Marzanny: układamy szerokie plisy z podartych podszewek, z poplamionych serwetek. Babcia przebija je igłą i fastryguje białym łańcuszkiem. Opieramy się łokciami o stół, który skrzypi nam swoją opowieść: Józef jest teraz zmęczonym starcem, siwe włosy spływają mu na ramiona. Przycina deski na stół. Słońce piecze niemiłosiernie, ziemia jest spragniona deszczu. Józef pochyla się nad szorstkim drewnem, wodzi po nim dłonią. Zamyka oczy i myśli o gładkiej powierzchni stołu swoich zaślubin, blat błyszczał wtedy ciemnym brązem, jak niewinne oczy Marii. Kawałki ciepłego chleba w rękach dziecka, dwie białe gołębice w świątyni, woda, która zmieniła się w wino, Baltazar i Syn Marnotrawny, i chory, który ozdrowiał, i dwie gościnne siostry – pośród wszystkich opowieści, prawdziwych i zmyślonych, stoi niezmiennie stół. Józef szlifuje deski. Wie, że najważniejszy stół jeszcze nie został nakryty. Wierzy, że takie właśnie będzie zakończenie tej historii: przy stole. Bo cóż ważniejszego można wyciosać z drewna? 

9. Pustynia

Wracam do Ciebie, Ogrodzie
Do najpierwszego dnienia
Zanurzyć zeschłe usta
W Twoich mlecznych strumieniach

Wracam do Ciebie, Jabłoni
Do Twych najpierwszych korzeni
Wplątać się w chłód gałęzi
W zielony sen przemienić

We śnie opaść w cienką plewę
O świcie zbudzić się drzewem

10. Weimar

Gdyby tę historię opowiadała moja Babcia, stół w pokoju z kominkiem nakryłaby obrusem, wyszyła jego krawędzie grządką bladych przebiśniegów. W kredensie stałyby talerze malowane w niebieskie drzewa, i migdałowe filiżanki. Pokój pachniałby cukrem i mydlinami. Ale tamtej nocy nie było nic oprócz zimnego paleniska i skrzypiącej podłogi. Na parapecie leżała kartka z rzędami pustych pięciolinii. Niektórzy mają strzeliste chwile olśnień, nagłe strumienie zachwytu; potrafią dostrzec kraniec złotej nici w ciernistym żywopłocie, chwycić, wyciągnąć nietkniętą, ułożyć w powietrzne sploty. Słowa, dźwięki, obrazy same cisną się do nich, uderzają w dłonie, w powieki, jak rzeka w szyby okrętu. Inni mają jedynie głód. Głód i pustynię. Rozgarniają ziemię, drapią ją nagą dłonią, szukają pierwszej przyczyny, najniższych korzeni, dna, z którego wyrasta jakakolwiek droga. Ich akty stwórcze to posłuszne wbijanie gwoździ, jak mówiła Babcia. Mężczyzna siedzi przy parapecie, rysuje w rogu kartki długie kosmyki włosów. Stalówka skrzypi, naczynia dzwonią za ścianą, ptaki stukają w pochyły dach. Kwiaciarka sprzedaje tulipany, dorożkarze nawołują się zza rogu. Wiatr porusza okiennicą. Ponad tym szumem, ponad ulicą, unosi się cicha piosenka bez słów. „Feri”, woła go dziewczyna, okręca kosmyk włosów wokół palca, śmieje się i śpiewa.
Długowłosy mężczyzna to Ferenc Liszt. Za chwilę zacznie pisać swoją najtrudniejszą symfonię. 

11. Pokusa

Wokół krzesła, na którym siedzi Ferenc, wyrasta ciemna kawiarnia. Ściany wysłane są wiśniowym aksamitem, wzdłuż sufitu i podłogi biegną girlandy podniszczonych złoceń. Płomienie świec wydłużają się i kołyszą na boki, wosk spływa na stół mosiężną strugą. W tym ruchomym świetle puste pięciolinie wydają się ożywać, trzeba przycisnąć je dłonią do papieru, na powrót wygładzić, uciszyć. Kawiarnia wypełnia się ludźmi: krzesła szurają po drewnianej podłodze, kieliszki uderzają o siebie, płaszcze i peleryny pachną wodą kwiatową i słodką wieczorną mgłą. Ktoś wchodzi prosto z ulicy, rozwiązuje wstążkę kapelusza; czarna suknia opina dojrzałe ciało, tkanina jest ciężka, z bliska wygląda jak kocia sierść. Przeciska się między krzesłami, przesuwa dłonią po futrzanych kołnierzach, po wysoko upiętych włosach, po sztywnych kołnierzykach, dotyka ich lekko i niewidocznie, spływa na cudze plecy jak lekki powiew wiatru. Ferenc nie widzi jej, siedzi pochylony, zbolały własną niemocą. Nie czuje jak pełne uda opierają się na mgnienie o jego zgięte ramię. Nie słyszy szelestu czarnej sukni, a powinien był go rozpoznać, ten chód, ten powolny stukot obcasów. Wtedy jednak następuje chwila, która wygląda zawsze tak samo, odkąd pierwszy człowiek napotkał wzrok węża, odkąd poczuł lekki ścisk w gardle, zimny dreszcz na skórze: w tej niezmiennej chwili Ferenc podnosi wzrok znad pięciolinii i widzi przed sobą ciemną postać, która nagle zwalnia, zatrzymuje się, odwraca twarz i spogląda mu prosto w oczy. Robi to tak, jakby w kawiarni nie było nikogo innego, jakby przyszła tu tylko po to, żeby przystanąć, odwrócić się i spojrzeć na niego spod pół przymkniętych powiek. Na twarz opadają jej włosy, pomiędzy nimi widać kącik ust, który unosi się w ledwie widocznym uśmiechu. Trwa to tyle, co jedno uderzenie zegara, jeden oddech, jedno pianie koguta. Rusza dalej, przez kawiarnię, ulicę, pustynię. Idąc, powoli odwraca wzrok, jej suknia ciągnie się po ziemi ciężkim trenem, zahacza o jego stopy. Miesza się w tłum. Serce zawiązuje mu się w ciasny węzeł, kiedy nagle pośród cudzych ramion, cudzych kołnierzy, wyłania się znów jej błyszcząca źrenica. 

12. Magdalena

Podaj mi kroplę wody, Panie
Studnia w ogrodzie stoi pusta
A ja mam wargi popękane
Bo szukam źródeł w cudzych ustach

13. Pustynia

Para unosi się nad filiżanką, jak mgła nad ogrodem mojego dzieciństwa. Siedzimy na skrzypiących krzesłach, naszywamy falbanki, guziki, wstążki. Marzanna zajmuje już prawie cały stół, jej szerokie spódnice opadają nam na kolana. Babcia przebija płótno srebrną igłą i opowiada swoje legendy, żebyśmy w tym przedwiośniu, w tym rześkim oczekiwaniu, pamiętały o sprawach przedwiecznych. Słuchamy jak naparstek uderza o krawędź stołu, i wydaje nam się, że to czyjeś kroki, Babcia rozsypuje przed nami piasek i kamienie, i oto po pustyni, po podleśnym ugorze, idzie zmęczony Jezus. Powietrze jest suche, pył lepi Mu się do ust, pot skleja włosy. Wędruje tak od dawna, zaczyna tracić siły, co jakiś czas upada i leży na ziemi bez ruchu, próbuje znów wyrównać oddech. Oczy zachodzą Mu ciemnymi plamami, i właśnie wtedy, mówi Babcia, właśnie wtedy, kiedy myśli, że nie da już rady się podnieść, widzi przed sobą drzewo. Jabłoń. Już kiedyś dotykał jej gałęzi, podrzucał w górę jej owoce. Poznaje sęk w kształcie baranka, i dziuplę, w której lęgły się ptaki, i chłodny cień. Przypomina sobie, jak w sennym widzeniu, lata dzieciństwa w szczęśliwym ogrodzie, w spokojnej kołysce świata. Jabłoń pochyla się nad Nim. Pośród liści rumienią się dojrzałe jabłka, ich skórka błyszczy, napina się, pulsuje gęstym sokiem. Jezus wie, że wystarczy jeden kęs, żeby ugasić głód, i pragnienie, i piekące rany samotności. Podnosi się, i w tej samej chwili dostrzega czyjeś oczy: na najwyższej gałęzi leży wąż, oddycha ciężko i powoli, jego ciemne łuski wyglądają jak kocia sierść. Patrzy na Jezusa, i czeka. Pragnienie zaczyna wyrywać z gardła język, głód zgniata ciało w tysiąc węzłów. Jezus stoi pod drzewem, dłonią prawie dotyka jabłka. Babcia sięga po szpulkę, odrywa kolejny kawałek nici, i opowiada dalej. W tej jednej chwili pod jabłonią dzieje się coś, co odmieni losy świata: Jezus, który przed wiekami widział jak człowiek zrywa owoc z zakazanego drzewa, stoi teraz w tym samym miejscu i wyciąga dłoń ku gałęziom. Przeżywa raz jeszcze tę samą chwilę, tym razem jako człowiek. Nagle zaczyna pojmować ludzki grzech, który nie płynie ze zła, ale ze słabości, z głodu, z pragnienia. Osuwa się znów na ziemię, i płacze, zachłystuje się łzami, bo wie, że nie ma takiej ofiary, którą mógłby odpłacić człowiekowi za te wszystkie lata wygnania. Jabłoń znika, a Bóg opiera się o parapet i patrzy w dół, na zimny ugór, „Synku, synku”, mówi, i zamyśla się nad tym dziwnym światem, który sam stworzył z samotności. 

14. Noc

Przyjdź którejś nocy, dotknij ziemi,
Ułóż na czole białe dłonie,
Powiedz mi, że to nie jest koniec,
Że jeszcze wszystko się odmieni.

Zabierz ode mnie ciężkie słowa.
Duszę, co już ze smutku mdleje,
Rozwiń w gościńce i aleje,
I dokądkolwiek mnie poprowadź. 

15. Marzanna

Kiedy nadchodził pierwszy dzień wiosny, Marzanna była gotowa: leżała na dywanie między naszymi łóżkami, a jej spódnice wyglądały jak baśniowe kołdry i materace. Pokochałyśmy ją przez te chłodne wieczory, jej zapach krochmalu, połyskiwanie koralików, a najbardziej wełniane włosy ze sprutego swetra, które spływały na podłogę kaskadą jasnych loków. Miała więc swoją poduszkę, i grzebień, i uwielbienie w naszych oczach. Poranek był kłębkiem pary nad dzbankiem ciepłego mleka. Babcia rozlewała je do kubeczków, podnosząc dzban wysoko ponad stół, żeby biały strumień mleka opadł na dno przejrzystą pianką. Długo siedziałyśmy w nocnych koszulach, przytulone do śpiącej Marzanny. Babcia naszywała na jej fartuszku kilka świeżych przebiśniegów. Wreszcie trzeba było się ubrać, owinąć w szaliki, i ruszyć w kierunku Wisły. Wychodziliśmy wszyscy koło południa: wzdłuż uliczek wyrastały kolorowe Marzanny i dołączały do wspólnego orszaku. Niektóre były maleńkie jak lalki, inne długie, giętkie, z pomarszczonej bibuły wypychanej watą. Pamiętam też taką, której ktoś upiął na głowie welon i włożył w dłonie wianek białych kwiatów. W powietrzu unosiły się wstążki, papierowe kwiaty, Marzanny witały się ukłonami, i było w tym powitaniu coś z wielkiego smutku, który nachodzi człowieka w ostatnie dni lata, albo na małych dworcach, w chwili, kiedy rusza pociąg. Szliśmy wszyscy nad rzekę, żeby nauczyć się jej pożegnań. Ziemia była wiosenna, mokra, młode pędy wyrastały z niej tuż obok suchych łodyg z poprzedniej jesieni. Układaliśmy Marzanny nad brzegiem i czekaliśmy aż podpłynie łódź. Ściskałam mocno krawędź fartuszka, z którego rozkwitały blade przebiśniegi. Zdarzyło się, że płakałam, kiedy przychodziła nasza kolej, żeby podać strojną pannę staremu rybakowi; uśmiechał się wtedy, głaskał mnie niezdarnie po włosach, i układał ją na dnie łodzi. Gdy łódka była pełna, odpychał się od brzegu długim wiosłem i płynął tam, gdzie Wisła rwała najmocniej. Chybotało i rzucało naszymi Marzannami, ich włosy plątały się, spódnice nakładały jedna na drugą. Rybak nic nie wiedział o naszych długich wieczorach, o prutych ubraniach, o legendach, które opowiadała Babcia, kiedy przyszywałyśmy koraliki. Może dlatego w jego dłoniach nie było delikatności, podnosił Marzanny szybkim ruchem, nie zważając na to czy chwyta jedną czy dwie na raz. Wrzucał je do wody, a Wisła od razu porywała je ze sobą, niosła za most, i jeszcze dalej, płynęły do morza jak długi pstrokaty archipelag. Machaliśmy im wszyscy: podnosiliśmy wysoko ręce i machaliśmy im na pożegnanie, dopóki nie zniknęły nam z oczu.
Później nadchodziły senne wieczory. Stół był pusty. Czasem w szparach między deskami znajdywałyśmy kawałek nitki, guzik, skrawek koronki. Zastanawiałyśmy się dokąd dopłynęła nasza Marzanna, jak długo trwała jej wodna wędrówka. Leżałyśmy pod kołdrą, przy uchylonym oknie, i wyobrażałyśmy sobie nasze przyszłe podróże, podczas których natkniemy się na znajome spódnice, na wełniane włosy, które jeszcze przed chwilą owijałyśmy wokół palca. To będzie w małej chatce, nie, w wielkim mieście z wieżą, nie, w gałęziach wierzby, w opuszczonym porcie, w bursztynowej komnacie. Marzanna nauczyła nas wiary w czas, który powraca w szerokich pętlach; który można przeżyć na nowo. Jezus mógł wrócić do jabłoni z pierwszego ziemskiego ogrodu, i nie zerwać tym razem jej owoców; Liszt wyłowił z pięciolinii Fausta i poprowadził go raz jeszcze tą samą drogą, ale nucąc mu inną melodię; kiedyś znów spojrzę w Twoje oczy, w innym ogrodzie, nad inną filiżanką, i na ich dnie, zamiast ciemnej otchłani, zobaczę klucz żurawi. 

16. O miłości

„Co się dzieje z miłością, której nikt nie przygarnie, po którą nikt nie wyciągnie dłoni?”, myśli Magdalena, stawiając na stole błękitny flakonik. Przesuwa palcem po wypukłych zdobieniach, po nitkach złota, cienkich jak kobiece włosy. „Zamienia się w niebieską łódkę i płynie po nieboskłonie”, mówi znachorka spod lasu. Babcia i jej siostry przyszły szukać u niej rady dla dziewczyny, która choruje z miłości. Znachorka nie umie jej pomóc. Ziemia nosi w sobie lek na każde schorzenie, obrasta w zioła, w kamienie, w gęste żywiczne soki; zbiera na liściach kropelki rosy, a w źródłach księżycowe światło. W maleńkich szkatułkach kwiatów i szyszek miesza życiodajne pachnidła. Ale to nie jest sprawa ziemska, mówi znachorka. Niechciana miłość zamienia się w niebieską łódkę i płynie po nieboskłonie, i tylko jeden Bóg wie dokąd wędruje ta rzeka. A Bóg stoi w wielkim oknie i nie słyszy znachorki, ani Magdaleny. W dole, tuż za parapetem, przesuwa się powoli flota niebieskich łódek: kołyszą się w ciszy od Północy do Południa, od Wschodu do Zachodu, i przesłaniają Mu cały świat. Nie widzi ludzi, a oni nie widzą Jego. Wiosną łódek przybywa, i są takie noce, kiedy nie mieszczą się w brzegach, uderzają o siebie, skrzypią. Bóg nie może wtedy zasnąć, leży w ciemności i patrzy na cienie, które suną po ścianie. 

17. Początek symfonii

Dziadek idzie wolnym krokiem przez skrzypiące poddasze, zatrzymuje się przy gramofonie. Sięga po płytę, wyjmuje ją z kartonowej poszewki, wsuwa pod srebrną igłę. Ferenc podnosi się wtedy z ciepłej pościeli i idzie do okna, przy którym dziewczyna wciąż nuci swoją melodię bez słów, zanurza dłoń w jej włosach. „Feri”, dziewczyna przerywa piosenkę i szepcze jego imię, a on długimi palcami, długimi, bladymi palcami, rozczesuje jej włosy w szeroką pięciolinię. Pięciolinia zamienia się w drogę, w polną ścieżkę, w kamienisty gościniec, w chodnik wielkiego miasta. Mógłby nią iść każdy, ale dzisiaj staje na niej Faust. Ma na sobie czarny surdut śpiewaka i z góry wygląda jak półnuta. Lakierki stukają niecierpliwie w napięty papier. W powietrzu słychać jak muzycy stroją instrumenty, pociągają za struny, uderzają w klawisze, namaszczają smyczki czerwonawą żywicą. Ferenc rozpoznaje w tym szumie wieczorne odgłosy kawiarni: brzęk kieliszków, szelest spódnic, zgrzyt przesuwanych krzeseł. Za chwilę otworzą się drzwi, i wejdzie przez nie ciemna postać. Wszystko rozpłynie się w symfonię: Faust ruszy w drogę ku swojej największej pokusie. W tej samej chwili, na dalekiej pustyni, Jezus zaczyna odczuwać głód.



18. Wędrówka

Aniele Stróżu, srebrna duszo
Zasłoń skrzydłami moje dni
Odsuń ode mnie tych, co kuszą
Tych, co okrutni są i źli

Prowadź mnie we dnie jasną drogą
Tam, gdzie mi Bóg wyznaczył szlak
Gdzie moje dłonie pomóc mogą
Tam, gdzie miłości jeszcze brak

A później pochyl się nade mną
Serce uspokój, osusz łzy
I szepcz do ucha nocą ciemną
O dobrym świecie proste sny 

19. Faust

Jak dużo czasu minęło od tamtej drewnianej kładki, od ciemnego sitowia? Dwoje dzieci przechodziło nad wzburzoną wodą, trzymając się mocno za ręce, a nad nimi pochylał się anioł – blady, piękny, milczący. Rozkładał szeroko jasne skrzydła, zasłaniał dzieci od wiatru, od spienionej rzeki. Prawą dłonią wskazywał dokąd iść. Codziennie wieczorem klękałyśmy przed tym wyblakłym obrazkiem i wymawiałyśmy słowa dziecięcej modlitwy. Jak dużo czasu minęło? Róg kołdry uginał się, kiedy na łóżku przysiadał anioł: nad ranem dotykałam zmiętej pościeli, szukałam leciutkiego puchu, śladu niebiańskich skrzydeł; nie można było zamykać go w pięści, chować do kieszeni, bo od razu tracił kształt, zbijał się w wąski kokon. Trzeba było położyć go na otwartej dłoni i zanieść do tekturowego pudełka ze skarbami. Z biegiem lat przychodził coraz rzadziej, widywałam go w ułamkach sekund, w spojrzeniach, w oknach nocnych pociągów; szarpnął mnie kiedyś za włosy, kiedy zza rogu wyjechał rozpędzony samochód, i tamtej nocy, kiedy zasnęłam na pokładzie statku i zaczęłam się zsuwać w morską otchłań. Czasem słyszałam jego szelest, kiedy Babcia szła po schodach i strzepywała z płaszcza krople deszczu. Ukrył się wreszcie za niewidzialną zasłoną, po stronie ciszy, ale patrzy na mnie nieustannie, czuję jego spokojny wzrok. Są takie dni, dobrze je znasz, dni bez żadnego kształtu, bez celu, bez nadziei, dni płytkiego oddechu i wyschniętego gardła. Przychodzi wtedy nagłym lśnieniem, czyimś słowem, ciepłym dotykiem. To było w Wenecji, wiele lat temu, wieczór zapadł perłową mgłą, uliczki przechodziły jedna w drugą, rozwijały się w mosty, latarnie wisiały nad nimi jak przyczajone żelazne pająki. Szłam przed siebie, tylko po to, żeby iść, owinięta w wełniany szal, z trudem łapiąc oddech, mijałam kawiarniane towarzystwo i wracających do domów sklepikarzy, aż nagle w jednej z bram dojrzałam białe skrzydło: przesunęło się wzdłuż muru, i przepadło w czeluściach podwórza. Podbiegłam, stanęłam w bramie, ale zobaczyłam tylko biały kobiecy płaszcz, z obszytym piórami kołnierzem. W tej samej chwili ktoś wsunął mi do ręki szeroki pasek papieru. Miał złocone brzegi, błyszczał w słabym świetle okragłej latarenki. Bilet. Tutaj właśnie pierwszy raz usłyszałam Symfonię Faustowską, i rozpoznałam w niej muzykę, która płynęła z poddasza, dawno temu, kiedy zrywałam w ogrodzie przebiśniegi. 

20. Liszt

Muzyka ma kształt Twoich dłoni
Kiedy o zmierzchu, w pół-gorączce
Zmęczone palce w przestrzeń rzucasz
Obracasz je i plączesz

Dotknięta, drży jak Twoje ciało
W napiętych łukach nut i planet
Kiedy odpływasz, pochylony
W nokturny rozpłakane

21. Kosmyk włosów

Weszłam na ciemny dziedziniec, na zdartych gzymsach paliły się małe okrągłe latarnie: rozciągały wypukłe zdobienia w długie, powykręcane cienie. Niskie schody prowadziły na kolejny dziedziniec, węższy i ciemniejszy. Przede mną szło kilka osób, wszyscy nieśli w dłoniach podłużne złocone bilety. Skręcili w jeszcze jedną bramę, za którą wyrósł nagle krótki most, a tuż za nim, po drugiej stronie kanału, rozsunęły się ciężkie aksamitne kotary i odsłoniły wejście do kościoła. Te wszystkie barwy, przemglone kadzidłem, przesiąknięte modlitwą, jak je opisać? Jest taki rodzaj starego złota, dostojnej purpury, brudnej zieleni, są takie odcienie, które napotkać można jedynie w nawach kościołów, w zadymionych kaplicach, w półmroku, w tajemnicy. Miałam na sobie prostą sukienkę i wełniany szal, wybiegłam z domu nieuczesana, bez tuszu na rzęsach: usiadłam więc w ostatnim rzędzie, za tłumem piór i satyn. Koło mnie na drewnianej ławie usiadł starszy mężczyzna w surducie. Czy Dante zrozumiałby coś z piekielnych kręgów, gdyby nie oprowadzał go po nich Wirgiliusz? Myślę często o tych wielkich sprawach, w których zanurzaliśmy się aż po włosy, a których nie rozpoznaliśmy, bo nie mieliśmy przy sobie przewodnika. Również i ta prawda, jedna z największych tajemnic, nie dotarłaby do mnie, przepłynęłaby flotą nut przez moje uszy, i pożeglowałaby dalej, w przestworza, nie zostawiając we mnie ani jednego śladu, gdyby nie mężczyzna, który usiadł koło mnie na dębowej ławie. Czuję teraz tamtą chłodną wieczorną mgłę, orkiestra szarpie za struny, a on pochyla się i zaczyna opowiadać.
„Pierwsza część to opowieść o Fauście”, jego szept unosi się i przycicha, zawiesza i znów powraca, jakby i on miał swoją partyturę, i czytał ją jak mapę. „Faust jest głodny, pragnie wiedzy, chce poznać przyczynę każdej ziemskiej sprawy. Oddaje diabłu duszę, nie wiedząc, że odtąd jego przekleństwem będzie nienasycenie. Rzuca się w rozkosz, w zbytki tego świata. Ale słuchaj teraz, czy słyszysz ten obój? To nostalgia. Wdziera się strumieniem w tę ciężką muzykę, która przygniata go, dusi, idzie po nim jak wysoka fala przypływu”. Widzę go jak maszeruje po swojej pięciolinii, jak stuka lakierkami w naprężony papier. Mijają lata, zaczyna się druga część. „Pojawia się Małgorzata. Teraz obój jest jej pieśnią, pieśnią zakochanej kobiety”. I znów jest maleńki pokój, kobieta siedzi w oknie, owija kosmyk włosów wokół palca i nuci prostą melodię bez słów. „Klarnet i skrzypce, słyszysz jak ze sobą rozmawiają? Jej miłość do Fausta jest odwzajemniona, to miłosny dialog oddechu i strun, ust i włosów, słyszysz?” „Feri, Feri”, powtarza dziewczyna, ale oto mija czas, i nadchodzi część trzecia. „To najważniejsza ze wszystkich opowieści”, szepcze mężczyzna, „pojawia się Mefistofeles, przychodzi po duszę Fausta. Ale czy go słyszysz, czy słyszysz jego nuty?” Z ołtarza nadpływa głośna, nierówna muzyka, podnosi się, natęża, wykręca. Dosłyszeć w niej można czasem dawną melodię niespokojnego Fausta. „Rozumiesz? Diabeł nie jest w stanie nic stworzyć sam z siebie, nic! Potrafi tylko podejmować to, co już istnieje, i zniekształcać to, oszpecać, wykrzywiać. Nie zagra swojej melodii, będzie cały czas wyciągał nuty Fausta, rozgniatał je, rozciągał, śmiejąc się przy tym i plując. Podtyka mu pod nos krzywe zwierciadło, jedynie to umie robić: niszczyć to, co już jest. Nigdy nie będzie stwórcą, nigdy nie będzie artystą!”.
Tylko jedna melodia pozostaje nietknięta, to pieśń Małgorzaty, wyłania się spod diabelskich łuków i przesunięć, i wybrzmiewa dalej, nienaruszona, ciągła, łagodna. Ona jedyna ze wszystkich nut, ze wszystkich instrumentów. Miłość. Maleńki pokój, Feri rozczesuje włosy dziewczyny w pięciolinię, wzdłuż niej opada jasny skręcony kosmyk, który zsunęła z palca; kosmyk biegnie przez całą melodię, przez całe rozdarte życie, a ja w bezradności diabła widzę nagle sedno wszystkich innych historii: o kuszeniu na pustyni, o Magdalenie, o Weronice, o Judaszu, i o skrzypiącym poddaszu, na którym Dziadek słuchał symfonii Liszta i palcem wystukiwał jej rytm na parapecie.

22. Obrus

Przez uchylone okno napływa kwietniowy chłód. Na najwyższych gałęziach siedzą ptaki, zapadły w szary puch, i w sen o dalekich morzach. W kuchni jest ciepło, ale mamy na sobie swetry i wełniane skarpetki. Siedzimy wokół stołu i haftujemy świąteczny obrus. Babcia wbija igłę w białe płótno, zanurza ją do połowy, przechyla dłoń i za chwilę srebrny koniuszek wypływa znów na powierzchnię. Nitka ociera się o materiał, zgrzyta jak ołówek na kartce papieru. Spod igły wyrastają przebiśniegi: mają blade płatki, ciemnozielone łodygi, wygięte na krańcach, szerokie liście. Patrzymy na babciną dłoń, naśladujemy jej gesty, ale nitka plącze się w supełki, urywa, igła dziurawi płótno w wielu miejscach, zanim trafi na swój właściwy szlak. Babcia opowiada o kuszeniu, o diabłach na pustyni, i o ich dziwnych sieciach, które sięgają aż naszych dni, naszych codziennych ścieżek. Słuchamy jej i owijamy się ciaśniej w swetry, przysuwamy się powoli do stołu. Im bliżej Wielkiej Nocy, tym więcej w nich złości, mówi Babcia. A ja przypominam sobie andrzejkowe świece i cienie przyszłości na ścianie: kiedy trzymałyśmy światełko w dłoni, płomyk rozmazywał kształty na chropowatym tynku, snuły się po nim jak wyblakłe kałuże; ale jeśli przysunęło się świecę do samej krawędzi stołu, formy stawały się wyraźne, równo obrysowane, nieruchome. Im bliżej podchodzi światło, tym mocniejszy staje się cień. To jest myśl, od której chłód ciągnie po plecach, a serce wypełnia niepokój. Ale przecież wielkanocne obrusy układają się w szafie w historię, jak słoje starego drzewa: cienie potężnieją, wyostrzają się, i w końcu bledną; przemijają noce, i lata, i smutki. Siedzimy wokół stołu i haftujemy świąteczny obrus, a ptaki za oknem śnią o dalekich morzach. 

23. Magdalena

Miłość jest wieczornym powietrzem, którym oddychają senne ogrody, jest wilgotnym wiosennym chłodem, w którym przeczuć można nadchodzące pory roku. Babcia trzyma obrus na kolanach, haftuje płatki przebiśniegów, opowiada dawne legendy o kuszeniu na pustyni; ale ja stoję w otwartym oknie, dotykam gałęzi orzecha, wdycham zapach młodej ziemi. Myślę o Magdalenie, o innym oknie, przy którym siedziała owijając wokół palca kosmyk jasnych włosów. Oto nadchodzi jej dzień: Magdalena nie ma w sobie lęku. Nie boi się odrzucenia, ani śmieszności, przeciska się przez tłum i wbiega do domu pełnego mężczyzn. Pośród nich widzi tego Jednego, którego kocha. Mężczyźni stoją, siedzą, rozmawiają, tłumaczą sobie nawzajem kłopotliwe sprawy. Na jej widok milkną, dobrze wiedzą kim jest, ile kosztuje jej ciało. A ona klęka, obejmuje Jego nogi, całuje je, bo miłość jest jedyną rzeczą, jaką może ofiarować. Rozbija błękitny flakonik, wylewa pachnący olejek na Jego stopy, owija je swoimi włosami; jej włosy są miękkie i ciepłe jak kocia sierść. Przesuwa je wokół stóp, wokół kostek, nie ma w sobie słów, ale całe jej ciało mówi o miłości. On pochyla się nad nią i odgarnia jej włosy z czoła, wyczesuje z nich lepką pajęczynę grzechu. „Nie przestawaj kochać”, mówią Jego dłonie, a Magdalena ma oczy pełne łez. Wie, że nigdy nie zachowa Go dla siebie, że to nie jest miłość, której od zawsze szuka, ale ta, którą od zawsze miała znaleźć. 

Aleksandr Iwanow, Zmartwychwstały Chrystus ukazuje się Marii Magdalenie [fragment], 1835

24. Kuszenie

Odkąd na parapecie zaczynała kiełkować rzeżucha, opowieści gęstniały, przyspieszały, nasze wieczory wypełniały się postaciami, które znałyśmy od zawsze. Haftowałyśmy świąteczny obrus, spod igieł wyrastały jasne przebiśniegi, a Babcia opowiadała nam legendy o kuszeniu. Jak trudno było zrozumieć tamte chwile na pustyni, wiedząc o wszystkim, co wydarzyło się później: o wieczerzy, o wędrówce z krzyżem, o przejściu przez śmierć! Jak trudno było nam pojąć, że ktoś mógł wątpić w silną wolę Jezusa, próbować Go omamić, złamać pokusą! A przecież On sam dopiero niedawno usłyszał, że jest Synem Boga: powiedział Mu o tym głos zawieszony nad rzeką, w lepkim, skwarnym powietrzu. „Spojrzał na Niego tak, jakby wiedział coś więcej”, tak mówiła Babcia o diable, który był dla nas czarną ryciną, góralską rzeźbą, nieporadnym słowiańskim włóczęgą. Podszedł do Jezusa, wycieńczonego głodem, pragnieniem, drogą, samotnością, podszedł i spojrzał na Niego tak, jakby wiedział coś więcej. Widziałam lekko zmrużone oko, uśmiech w kąciku ust. „Czy ktoś oprócz Ciebie słyszał ten głos? Czy na pewno przemawiał do Ciebie?”, pytał diabeł. „Spróbuj, sprawdź”, mówił łagodnie, jak troskliwy przyjaciel; oto kamień, przemień go w chleb; oto przepaść, rzuć się w nią; oto ja, Twój prawdziwy władca, uwierz w to. Babcia mówiła, że kuszenie wydarzyło się trzy razy – najpierw w rajskim ogrodzie, z którego właśnie odeszli pierwsi ludzie, drugi raz na pustyni, na początku dorosłej wędrówki, i ostatni raz na krzyżu, kiedy diabeł usiadł na poprzecznej belce i szeptał Jezusowi do ucha, że ten głos nad rzeką był jedynie południowym urojeniem. Czyżby nie wiedział, że od samego początku świata samotne serca nawołują się? „Synku, synku”, woła Bóg z wysokiego okna, „Ojcze, Ojcze”, woła Jezus z pierwszego ogrodu, z pustyni, z Ogrójca, z krzyża; „Panie, Panie”, woła Magdalena, „Feri, Feri”, Małgorzata woła do Liszta, historie splatają się nagle w jedną opowieść, a wtedy Babcia wiąże supełek, odcina końcówkę nitki, i zapada noc. Zostało jeszcze dziesięć dni. 

25. Piotr

To jeszcze nie to wino, nie ten chleb. Rozmawiają, wołają do siebie nad szerokim stołem, ich dłonie uderzają o drewniany blat jak sieci o dno łodzi. Jan opiera głowę na ramieniu Jezusa, patrzy na roześmiane twarze przyjaciół. W pewnej chwili Piotr słyszy jak Jezus szepcze chłopcu zawiłe słowa o zdradzie. „O kim mówi?”, pyta Jana szybkim gestem, tak, żeby nikt nie zauważył. „O kim mówisz?”, pyta Jan. Jezus odpowiada: „Zaraz zobaczysz”, bierze w dłoń kromkę chleba, zanurza ją w winie i podaje Judaszowi. „Zjedz i idź tam, dokąd masz iść”, mówi. Piotr nieruchomieje ze strachu. Widzi jak z kawałkiem chleba Judasz połyka zło, które zaczyna w nim swoją wędrówkę, przez żyły, przez nerwy, przez pęcherzyki płuc. Sunie przez niego jak ciemny wąż, aż do oka, które jest bramą duszy. Zanurza się w źrenicę z cichym kocim mrukiem. Piotr patrzy i milczy. Czy buntując się przeciw złu Judasz zniszczyłby boski plan? Czy prawdziwym aktem sprzeciwu wobec Boga byłaby jego wierność? Kto ma władzę nad złem, kto ma władzę nad naszą słabością? Piotr chce powiedzieć Jezusowi, że nigdy się go nie wyprze, ale słowa grzęzną mu w gardle, przestaje rozumieć ten ciepły wieczór, tę przyjaźń, swoje życie. Jeszcze tylko kilka dni, Piotrze: wydarzy się niepojęte, i wtedy zrozumiesz.

26. W porannej rosie

Gdy nam kapią łzy po brodze, żeśmy głupi
Bo znów słowo Twoje dla nas sensu nie ma
Zrozum marną, zrozum ludzką naszą mądrość
Przyjmij mirrę i aloes Nikodema

27. Jerozolima

Znów mi się śnisz, dalekie miasto, obracasz się jak pierścień na złocistych wzgórzach. Zostało siedem dni. Ścieżki, które do tej pory wiły się i przecinały, splątują się dziś w jedną piaszczystą drogę: ktoś opisał ją wieki temu na stronach Księgi. Jezus siada na grzbiecie szarej oślicy i rusza w kierunku bramy, a my wycinamy długie paski z bibułek, zwijamy je w kwiaty, przywiązujemy do gałązek, żeby przecisnąć się wśród tłumu, zobaczyć jak nadjeżdża, przez jedną krótką chwilę poczuć na sobie Jego spojrzenie. Kiedy to było? Ile to już lat? Babcia czuwa nad porządkiem barw – najniższe kwiaty są brązowe jak ziemia, z której wyszliśmy, nad nią wyrasta zieleń trawy; obręcze czerwieni to maki, wśród których prowadzi słowiańska droga na krzyż; wyżej fiolet bólu, błękit nieba, i jasne, żółte słońce: unosi się nad palemkami na wysokich źdźbłach. Owijamy gałązki miękką tasiemką. Zakładamy wiosenne sukienki, stukamy bucikami w wygięte płyty chodnika. Podnosimy palemki wysoko, wysoko, i patrzymy jak wiatr rozwiewa wstążki, babcine włosy, i białe płatki mirabelki. A jutrzejszy chleb już rośnie, żona Piłata znów budzi się zlana potem, Weronika zaplata warkocze. Na drewnianym ogrodzeniu został postronek oślicy, on też czeka na swoją kolej: za kilka dni zerwą go brudne, drżące dłonie Judasza.

28. Judasz

Przez uchylone okno słychać ciężkie kroki: Judasz wraca ciemną uliczką, zagląda do domów, w których pali się jeszcze światło. W dłoni ściska sakiewkę z monetami, słyszę jak obijają się o siebie, brzęczą. Myśli o pocałunkach. O miękkich wargach kobiet, o matczynych dłoniach, o gładkich czołach siostrzeńców, o policzkach przyjaciół. Czuje w ustach posmak brudnego srebra. Babcia jest łagodna jak gołąb, kiedy podchodzi do parapetu, wspina się na palce i wygląda w noc. Jej oczy potrafią dostrzec krętą uliczkę, strach, niespokojny sen. Taką ją pamiętam: zamyka wreszcie okno i mówi „Zdążył”. Wieczorem oddał pocałunek zdrady, a świt przyniósł mu pustkę, i żal, i niezgodę, które strzępiły go na tysiące włókien. Kiedy diabeł siedział na krzyżu i po raz trzeci kusił Jezusa, Judasz odwiązał ośli postronek i wybiegł za mury miasta. Szedł stromą ścieżką, w obłędzie, w tumanach kurzu. Diabeł spoglądał na Jezusa, jakby wiedział coś więcej, szeptał Mu słowa zwątpienia, a Judasz biegł i kaleczył stopy o ostre kamienie. W chwili, gdy Jezus otworzył oczy i przywołał Ojca przez wszystkie nieboskłony, i oddał Mu swoją duszę, diabeł zerwał się, pełen wściekłości, i rzucił w kierunku Judasza, ale ciemny postronek już był mocno związany, już wił się wokół szyi, wokół gałęzi, wokół samotnej rozpaczy. „Zdążył”, mówiła Babcia, umarł przed Jezusem. Otchłań przyjęła go w ostatnią noc swojego istnienia. W drodze do wieczności, Jezus zabierze go z duszami starożytnych i przeprowadzi po złotym moście życia.

29. Weronika

Są tacy, którzy twierdzą, że nigdy nie istniała, a przecież między dwoma pniami suszyło się prześcieradło, czyjeś dłonie musiały je tam rozwiesić. Wiatr wyginał je w żagiel, w namiot, w wyschnięte wzgórze. Weronika widziała te cuda, ale kiedy słońce dosuszyło ostatnie krople wody, zdjęła płótno bez wahania, zwinęła i ruszyła w kierunku domu. Drogą szedł tłum ludzi, niektórzy stali z boku i patrzyli, nad ich głowami przesuwały się trzy drewniane krzyże. Weronika szła powoli za murem ludzkich pleców. W pewnej chwili otworzyła się przed nią przestrzeń, stanęła na krawędzi ścieżki, na wprost człowieka, który ledwie trzymał się na nogach. Po czole, po policzkach, po brodzie spływał Mu pot. Weronika zobaczyła w Jego oczach nieme błaganie, zduszony lęk, zagubienie, podbiegła więc i rozwinęła śnieżnobiałe prześcieradło, i otuliła nim Jego twarz. Człowiek westchnął, bo tkanina była chłodna, pachniała dzieciństwem i judejską wiosną. Nadbiegli żołnierze, odepchnęli ją, orszak powędrował dalej. W chwili, kiedy upadała na ziemię, nie wiedziała jeszcze, że za dwa dni zyska imię i nieśmiertelność. Ludzie będą ją nazywać „Prawdziwy obraz”, bo na świeżo upranym prześcieradle łzy, pot i krew ułożyły się w twarz mężczyzny, który niósł krzyż, a który okaże się Zbawicielem. Ten biały skrawek płótna do końca czasów będzie naznaczony matowym bólem i złotym triumfem, tak jak żagle okrętów, pościel, płachta ołtarza, ślubny welon, obrus przy świątecznym stole.

30. Księżyc mówi

Była już noc, wędrowałem nad ciemnym, chłodnym gajem. Przez plątaninę gałęzi dostrzegłem śpiących mężczyzn; siedzieli na gołej ziemi, opierali głowy o wyschnięte pnie drzew. Tuż za nimi klęczał człowiek, płakał. Patrzyłem na Jego włosy, na ramiona, na splecione w modlitwie dłonie. W pewnej chwili spojrzał w górę, wyrzucając z siebie jedną potężną modlitwę: chcę dalej żyć, chodzić po piaszczystych wzgórzach, ale jeśli ścieżka do Ciebie jest inna, pójdę nią do końca. Patrzył nieruchomo w niebo i przez tę jedną krótką chwilę zobaczyłem w Jego twarzy zmęczenie każdego człowieka, który nocą szuka odpowiedzi; który przestał rozumieć, nie ma siły, ani domu, ani pewności jutra. Pierwszą jabłoń, pustynię, nuty melodii bez słów. Tęsknotę każdego serca. Opuścił głowę, wiedząc, że nie usłyszy niczyich słów: zostały wypowiedziane już dawno, i zapisane na kartach wielkiej Księgi. Bardzo chciałem, żeby zasnął, ale kiedy płynąłem dalej nad miastem, zobaczyłem grupę żołnierzy biegnących w stronę gaju. Ich ścieżka była wyrysowana tą samą dłonią, która zawiesiła mnie na nieboskłonie. To było trzy dni przed świtem, jaki nigdy wcześniej nie nadszedł.

31. Ciemna jutrznia

W ciemność opadam, w ciemność,
Zsuwam się w mokrą ziemię.
Wygasa we mnie życie,
Jak bladych świec płomienie.

Wołam, by ktoś mnie schwycił,
Lecz wszystko w mroku tonie:
I nachylone twarze,
I wyciągnięte dłonie.

Znika kamienne wzgórze
I matki głowa siwa.
Na niebie ciężki srebrnik
W milczącą noc odpływa.

O drzewo się ocieram,
Lecz nie poznaję które;
Gałęzie rwą mi włosy,
Drzazgi kaleczą skórę.

I znikąd słów nadziei,
Że jeszcze świtu dotrwam.
W ciemność opadam, w ciemność,
Samotnie idę w otchłań. 

32. Otchłań

Mówi Charon: „Tamtej nocy ostatni raz przepłynąłem na drugi brzeg rzeki. Woda przyjmowała moje wiosło w wielkiej ciszy. Tylko łódź skrzypiała, kiedy pochylałem się do przodu. Ci, którzy siedzieli przy mnie, milczeli, przerażeni samotnością, jaka ich czekała po drugiej stronie. Wysiedli i ruszyli w mgłę, a ja odwróciłem się, żeby znów płynąć w kierunku bramy, i właśnie wtedy rozbłysło w niej światło. Ktoś stanął na progu. Wypowiedział słowo w języku, którego nie rozumiałem. Siedziałem w mojej łodzi, w tę ostatnią noc śmierci, i patrzyłem jak z otchłani wychodzą przejrzyste dusze starożytnych. Nie byłem im potrzebny: szły po powierzchni wody. Wydobywały się z czeluści zapomnienia i z niskim pomrukiem sunęły w kierunku światła. To była ostatnia noc starych ksiąg. Całe wieki wojen, całe dynastie i armie, olbrzymy i półludzie, Olimpy i Hadesy, stały się tylko legendą. Patrzyłem jak człowiek w białej szacie prowadzi ich do światła. Byłem pustką, ciemnością, milczeniem”. 

33. Finale

Ten poranek jest kroplą rosy, w której przegląda się wszechświat. Jest pasemkiem światła we włosach. Magdalena stoi bez ruchu w mokrej trawie; ziemia dopiero wychodzi z nocy, w wielkiej ciszy słychać jak płynie powietrze, i oddech. Jej wyciągnięta dłoń drży. „Nie zatrzymuj mnie”, mówi do niej Jezus, „nie zatrzymuj”. Na cóż jej Zmartwychwstały, skoro z nią nie zostanie? Przysuwa się o jeden krok, próbuje Go dotknąć, ale Jezus odwraca się i odchodzi. Jest jednak w Jego spojrzeniu coś, co pozwala jej przetrwać rozstanie, i każdy kolejny dzień życia, i każdą kolejną noc. Zrywa się i biegnie do miasta z przedziwną nowiną. Ten poranek jest spojrzeniem, które rozwija się w drogi, listy, w pięciolinie, zagląda nam w oczy ponad czasem i przestrzenią, ponad naszą słabością. Żebyśmy przestali się dręczyć sprawami, po które wyciągamy błagalnie dłonie: Ktoś przecież już się nimi zajął, Ktoś już się o nie troszczy.
Czasem śni mi się, że wszystko wydarzyło się w tamtym ogrodzie, w pierwszym ogrodzie, w którym rósł potężny orzech i uderzał gałęziami w wysokie okna mojego dzieciństwa; Dziadek stał przy stole na poddaszu i słuchał Liszta, Babcia haftowała na obrusie blade przebiśniegi, a ja leżałam w trawie, owijałam kosmyk włosów wokół palca i patrzyłam na świat przez mleczne szkiełko. Pszczoły szumiały w dzikim winie. 

Jedna myśl na temat “WRACAM DO CIEBIE, JABŁONI

  1. Piękny tekst, idealnie pasujący do Wielkiego Piątku. Napawam się tym tekstem i przeżywam. Nie mogę więcej komentować.
    Pani Aniu, pozdrawiam serdecznie i życzę pięknych chwil i przeżyć w Święta Wielkanocne

    Polubienie

Dodaj komentarz