łódki

Lato zaczynało się w porannym chłodzie, pod słońce, wśród szyszek i jagód. Tata przynosił z lasu wielkie kawałki kory, siadał z nami na ganku, na pniu starej sosny, na drewnianych schodkach. Patrzyłyśmy w skupieniu jak wyjmuje z kieszeni scyzoryk, otwiera najdłuższe ostrze, i ze spróchniałego drewna zaczyna czarować łódkę. Ledwie wyłaniał się kadłub, a w oddali zaczynała szumieć woda: Bałtyk, Wisła, Narew, Zalew Zegrzyński. Przyzywała łódkę od chwili, w której przeczuła zalążek jej istnienia. Tata strugał podłużne kształty, później wsuwał w szczelinę gładki patyczek, a my wyrywałyśmy kartkę z zeszytu i zawieszałyśmy ją jak żagiel. Do środka wkładałyśmy kwiaty i biegłyśmy na brzeg, za głosem łódki, który chciał dołączyć do wodnych pieśni.
Najpiękniejsza była chwila, kiedy łódka zaczynała unosić się na fali. Oddalała się od nas, a wokół niej pojawiały się ryby i raki, perłowe muszle, i zielone włosy wodników. Żegnając ją, uczyłyśmy się wypuszczać w świat nasze marzenia. Tak zaczynało się lato, i tak będzie się zaczynać już zawsze. Łódki płyną, ocierają się o trzciny, o miękki puch łabędzi, siadają na nich ważki i motyle. Czasem wiatr powieje zbyt mocno, łódka przechyla się i tonie.
„Co teraz, Tato?”
„Zobaczymy, może kiedyś wypłynie przy jakimś obcym brzegu i pożegluje dalej”.
Siedzimy nad rzeką, nad nami płyną chmury, a nasze sny wędrują gdzieś po obcych ziemiach, jasne, proste, niezatapialne.

fragment książki „Bałtyk. Rzeczy nietrwałe” (2020)

Dodaj komentarz