NYJA

Matka mojej prababki nosiła królewskie imię Adelajda. Znamy je dobrze. Jest wyryte na okrągłych medalikach, które każdy z nas, od pokoleń, dostaje w dniu narodzin: z jednej strony smutne twarze świętych patronów za wypukłym szkiełkiem, a z drugiej imię praprababki. Dawniej wypisywano je atramentem na kawałku papieru i przyklejano żółtkiem do płaskiej strony wisiorka; teraz sprawą zajmuje się grawer. Litery są trwalsze, nie wycierają się tak łatwo, ale kiedy bywałam u ciotki, otwierałam zawsze blaszane pudełko, w którym leżały medaliki dziadków i rozmaitych krewnych, których nigdy nie widziałam. Dno puszki wyłożone było chusteczką, żeby nie uderzały o metal, żeby ich szkiełka się nie potłukły. Wyjmowałam je po kolei i otwierałam zagięte karteczki, pożółkłe ze starości. Były kruche jak jesienne liście, dotykałam ich więc ostrożnie, powoli, nie rozchylałam do końca. Zaglądałam w papierowe fałdy. Trudno uwierzyć, że przetrwały tyle czasu, tyle wędrówek, wojen i innych nieszczęść. Ale jeszcze trudniej uwierzyć w to, co przeżyła praprababka Adelajda.

Była wtedy młodziutką dziewczyną. Zaczynała się przyuczać do haftu, żeby dołączyć do starszych kobiet z wioski i wyszywać razem z nimi suknie i kontusze, po które raz w miesiącu przyjeżdżała drewniana karoca. W dzieciństwie lubiła patrzeć jak spod igieł wypływają kwiaty, słońca i tureckie ptaki. Siadała w kąciku i powtarzała wzory palcem na kolanie, a kiedy podrosła, nanosiła je na kamienie, które zbierała nad rzeką. Zanurzała patyczki w miodzie albo w syropie, pocierała je węglem, trawą, plastrami buraków, i rysowała na gładkiej powierzchni to, co kobiety haftowały na płótnie. Kiedy więc zaczęła siadać razem z nimi na szerokich ławach wokół pieca, nauka szła niezwykle szybko, bo znała wszystkie kształty na pamięć. Matka zamartwiała się o nią jednak, bo dziewczyna była słabego zdrowia. Jej skóra była blada i prawie przejrzysta, jakby nie należała w pełni do tego świata. Wystarczyło, że wiatr zerwał się nad drogą, którą szła z miasteczka, albo rosa wdarła się o świcie do chodaków, a już zaczynała kaszleć, oczy jej łzawiły, czoło płonęło, trzeba było okrywać ją pierzyną i karmić rosołem przez dziesięć dni albo i dłużej, zanim znów była w stanie chodzić i mówić jak inni.

Zdarzyło się więc, że któregoś jesiennego ranka Adelajda owinęła się peleryną i poszła nad rzekę, żeby zebrać kamienie pod swoje obrazki. Nad sadami wisiała mgła, ciągnęła się gęstą smugą dalej nad pola, po pochyłych wierzbach, aż nad sam brzeg. Dziwnie jej było i nieswojo tak iść samej przez te samotne przestrzenie, ale nie trwało to długo, już po chwili stała nad krawędzią wody. Rzeka płynęła w wielkiej ciszy, świat się jeszcze nie obudził z głębokiego snu. Zaczęła przechadzać się wzdłuż brzegu, pochylona, szukając dużych kamieni, takich, które pomieszczą większy krajobraz. Chciała namalować widok z okna, za którym złociła się brzoza i szeleściła suchymi listkami. W sieni, w glinianym kubku leżały suszone kwiaty krwawnika: wymyśliła, że naklei ich płatki na kamień, drzewo będzie wyglądać jak prawdziwe.

Coś nagle plusnęło w głębi rzeki. Odwróciła się szybko, przerażona. Bała się rybaków, którym błyszczały oczy, ale jeszcze bardziej strzyg, chytrych i złośliwych strzyg, snujących się w pobliżu rzeki na styku dnia i nocy. Nie zobaczyła jednak ani rybaka, ani strzygi. W oddali, przy drugim brzegu, w gęstej trzcinie kołysała się łódź. Stała w miejscu, nie płynęła. Ktoś w niej siedział: postać w ciemnym płaszczu, z kapturem naciągniętym na oczy. Mgła była tak gęsta, że Adelajda nie była nawet pewna czy łódź nie jest jedynie złudzeniem, mógł to być wystający konar dębu, albo dzikie zwierzę, które przyszło do wodopoju. Pochyliła się znów nad mokrym piaskiem, rozrzucała na boki liście i zmarznięte trawy, aż wreszcie trafiła na zaokrąglony kraniec sporego kamienia. Wysunęła go z ziemi i wyprostowała się, zadowolona. Obróciła się, żeby wskoczyć na powrotną ścieżkę, i wtedy dostrzegła, że łódź się zbliża. Ciemna postać odpychała ją od dna długim, ciemnym wiosłem.

– Nyja! – krzyknęła zlękniona, straciła równowagę i zsunęła się do lodowatej rzeki. Poderwała się od razu, chwyciła dłonią za korzeń, który wchodził do wody, z wielkim trudem wydostała się na brzeg. Jej spódnica i peleryna, i włosy, wszystko było ciężkie od wody, ale przerażenie kazało jej biec prosto przed siebie, nie oglądając się, nie sprawdzając w którą stronę zwrócona jest łódź, ani czy nadal istnieje. Biegła do domu ledwie łapiąc powietrze ustami, a kiedy wpadła do izby, matka złapała się za głowę i zaczęła głośno zawodzić. Zbiegły się kobiety z sąsiednich chat, patrzyły zdziwione na plamy wody na drewnianych deskach, na posklejane warkocze i brudny kamień zaciśnięty w dłoni.

– Matko, Nyja płynie rzeką – powiedziała Adelajda słabym, przerywanym głosem.

Na dźwięk tych słów kobiety zaczęły zasłaniać w przerażeniu usta i oczy, a matka osunęła się w rozpaczy na podłogę. Było dokładnie tak, jak w dziecięcej przyśpiewce:

„Nyja się chyli nad ciemnym wiosłem,

Nad ciemnym wiosłem się chyli”.

Kobiety rzuciły się w popłochu do okien, zaczęły obwieszać je szklanymi koralami, otulać wiecznie zielonymi gałązkami. W progu i pod oknami ustawiały kaganki i garnuszki wypełnione woskiem. Matka przyłożyła dłoń do czoła Adelajdy, do jej policzków: już płonęła, oczy napływały niezdrowymi łzami. Wyjęła ze skrzyni pierzynę, zdjęła z rozedrganej córki przemoczone ubrania, owinęła ją grubym płótnem i naciskała na nie otwartymi dłońmi, żeby wchłonęło wodę z włosów i osuszyło bladą skórę. Położyła ją w łóżku, nakryła aż pod brodę, wsunęła rożki pierzyny pod wysoką poduszkę. Rozpaliła w piecu. Ręce jej drżały, ale na twarzy silniej niż strach malowała się wściekłość.

– Śpij, Adelajda, śpij spokojnie, Nyja tu nie przyjdzie, nie pozwolę na to.

Zasnęła więc, a przez cały następny dzień, od świtu do wieczora, leżała w cieple i patrzyła chorym wzrokiem przez okno, za którym wciąż wędrowały mgły. Brzoza złociła się i migotała drobnymi listkami, jakby nad wioską świeciło słońce. Drugiego ranka poczuła się na chwilę lepiej. Poprosiła matkę o łyżkę mąki i o rozkołatane jajko, i o płatki krwawnika, które czekały w sieni. Wymieszała mąkę z odrobiną jajka, podniosła z podłogi nadrzeczny kamień i ulepiła na nim wysoki brzozowy pień. Później, kiedy miała więcej sił, maczała w jajku żółte płatki i przyklejała je wokół pnia, jeden po drugim, aż ułożyły się w rozłożyste drzewo. Trzymała kamień w wyciągniętej dłoni, spoglądała to na brzozę, to na jej podobiznę, i uśmiechała się do siebie i do życia, że ma dwa okna, przez które może wyglądać.

Następnego dnia jednak jej stan się pogorszył. Przyszła znachorka z woreczkiem ziół, szeptała coś długo, kładła ręce na czole Adelajdy, na jej brzuchu i stopach, kręciła głową i potakiwała na przemian. Matka siedziała u wezgłowia cały dzień i całą noc, wstawała tylko żeby poprawić drwa w piecu, albo przypalić którąś ze świeczek strzegących drzwi i okien, jeśli zgasły.

– Ciebie mam jedyną – powtarzała i głaskała córkę po włosach, po ramieniu.

Noc minęła wreszcie, a ranek nie przyniósł poprawy. Adelajda oddychała powoli i ciężko, nie otwierała prawie oczu. Gęste krople spływały jej po twarzy na rozgrzaną pościel, nie wiadomo czy to pot, czy łzy. Matka zbierała je kciukiem, a później ocierała go w fartuch. Widziała jak dziewczyna powoli opada z sił. Po południu zebrali się inni przy jej łóżku, przyszedł ojciec i kuzynki, i hafciarki po skończonej pracy. Żegnali się z nią siedząc w półmroku i opowiadając cicho dawne historie. Słyszała je, bo czasem na jej twarzy pojawiał się słaby uśmiech. Wreszcie, w środku nocy, jej serce zaczęło bić wolniej, i odeszła bez słowa, bez żadnego gestu, jednym tylko westchnieniem dając znać o kresie swojej męki. Bliscy zapłakali, bo Adelajda była dobrą dziewczyną, pokorną i pełną szacunku. Bardzo ją kochali.

Zwyczaj był taki, żeby przed obrzędem pochówku zaczekać trzy dni i trzy noce: dusza musiała mieć czas na spokojną przeprawę w zaświaty. Przyniesiono więc jesienne kwiaty i gałązki i ułożono wokół bledziutkiego ciała, i ustalono kto kiedy będzie czuwał i odmawiał modlitwy. Jedna z kobiet przyniosła starą zniszczoną monetę, wyłuskaną z jakiejś tajemnej skrytki, i wsunęła ją w chłodną dłoń dziewczyny, ale matka podbiegła od razu do łóżka, chwyciła pieniądz i cisnęła nim o ziemię.

– Nie będziemy im płacić! – zawołała. – To oni powinni zapłacić nam, że biorą ją do siebie!

– Ale musi przecież coś dać za przewóz – zaczęła przekonywać kobieta, podnosząc monetę z podłogi.

– Nie będzie za nic płacić! – matka była nieprzejednana. – Najwyżej zostawią ją na brzegu.

– Będzie się tam włóczyć przez całą wieczność, biedaczyna!

– Nie chcę tego słuchać – matka zakryła dłońmi uszy. Po chwili podeszła do łóżka, otworzyła dłoń córki i wsunęła w nią kamień z brzozowym obrazkiem. – Jeśli ma coś ze sobą zabrać, niech weźmie swój kamień, żeby jej przypominał o domu.

Tymczasem Adelajda stanęła na skraju wąskiej doliny. Przed nią rozwijała się prosta droga, która prowadziła nad rzekę. Nie czuła już zimna. Spojrzała na siebie. Była ubrana w jasną sukienkę, haftowaną w niebieskie ptaki. To było jej wielkie marzenie, zdobyć gdzieś taki błękit, rysowałaby wtedy niebo, fale rzeki, niezapominajki. Coś ściskała w dłoni: kamień z ostatnim obrazkiem. Ruszyła przed siebie. Było tak, jak mówiła przyśpiewka: w dolinie, wzdłuż drogi, siedziały dziesiątki, setki, tysiące kobiet i mężczyzn w słowiańskich strojach. Jak pięknie musiały wyglądać te wianki i czepce, zapaski i serdaki w świetle słońca! Ale choć przyszło jej umrzeć w mglisty dzień, chór i tak był piękniejszy niż cokolwiek, co w życiu widziała. Odprowadzali ją w zaświaty tęskną pieśnią na wiele głosów, w pradawnym języku, który teraz dobrze rozumiała, szła przez tę zieloną dolinę i nie mogła uwierzyć, że taki tłum zebrał się tu tylko dla niej. Chór odprowadził ją wzrokiem aż do samego brzegu, brzegu, który znała odkąd była dzieckiem. Stanęła na skraju rzeki i zaczęła rozglądać się za kamieniami, ale wtedy znów usłyszała plusk wody i uderzenie wiosła.

„Stoję tak w mojej ślicznej sukience w niebieskie ptaki, a do brzegu przybija łódka, a w niej Nyja w ciemnym płaszczu, z kapturem na oczach”, opowiadała później Adelajda. „Wbija wiosło w muł przy brzegu i wyciąga do mnie rękę, żebym wsiadała, a ja wstydzę się, że tyle dla mnie robią, a ja nie mam jak się odwdzięczyć, jestem nieprzygotowana.

– Nie mam czym zapłacić – odpowiadam bezradnie. – Nie dali mi monety.

– Nie mogę cię zabrać w takim razie – mówi mi Nyja. – Będziesz się włóczyć po brzegu aż do końca świata.

Ogarnia mnie wtedy strach. Nie ma ucieczki z tej samotności! Przypominam sobie jednak o kamieniu, i mówię:

– Nie mam monety, ale mam przy sobie coś cennego, czym mogę ci zapłacić.

– Co to takiego? – pyta Nyja.

– Kamień, przez który widać drzewo za moim oknem – tłumaczę. Nyja bierze ode mnie kamień, podnosi wysoko do oczu zakrytych kapturem, po czym kiwa głową.

– Wsiadaj – mówi.

Odpycha się ciemnym wiosłem od brzegu i ruszamy w podróż przez rzekę. Woda rozlewa się szeroko, Wisła wygląda jak jezioro, fale są niskie i długie, wypływają spod wiosła i układają się w srebrzyste kręgi. Z daleka widać drugi brzeg, który wygląda tak samo jak nasz, tak samo zasnuty mgłą. Oglądam się za siebie, patrzę na pochyłą wierzbę, na lasek dębowy, na dym, który unosi się z wioskowych kominów. Spoglądam znów na drugi brzeg: i tam wierzba, i dęby, i jesienne kominy. Gdybym nie wiedziała, że zostawiam dom za plecami, nie potrafiłabym powiedzieć który brzeg jest prawdziwy. Nyja wiosłuje dostojnie, podniośle, cały czas w tym samym rytmie.

– Nyjo, jak rozróżniasz w którą płyniesz stronę? – pytam.

– Tylko w jedną stronę wiozę dusze, w drugą moja łódź jest pusta – odpowiada”.

W tym czasie w wiosce sznur bliskich przechodził przez izbę, w której leżała Adelajda. Niektórzy siadali na chwilę na skraju łóżka, inni kłaniali się z daleka i zaraz wychodzili. W kącie stały dwie najbliższe przyjaciółki i długowłosy chłopak, który kochał ją bardziej niż kogokolwiek na świecie. Płakał teraz, ale tak, żeby nikt nie zobaczył. Nie mógł się pogodzić z tą nagłą pustką, z tym chłodem. Przyszłe dni i lata, całe wymarzone życie rozsypało mu się w gruzy.

„Tata stoi więc w kącie i przygląda się mamie, która wygląda jakby spała, twarz ma łagodną, rozjaśnioną jakimś nieziemskim światłem”, opowiadała prababka swoim dzieciom, kiedy pakowali dobytek do skrzyń przed wielką ucieczką. „Patrzy na nią, i widzi kamień zaciśnięty w dłoni. I myśli sobie, że tak bardzo chciałby chociaż ten kamień zachować dla siebie, móc go oglądać i przytulać kiedy tylko za nią zatęskni”.

„Babka Adelajda siedzi więc w łodzi, opiera się łokciem o kolano, brodę podtrzymuje dłonią” – mówiła później babka mojej matce na statku, zalewanym przez sztormowe fale. – „Patrzy w milczeniu jak łódź przesuwa się po powierzchni wody. Nyja obraca czasem głowę w stronę kamienia, który leży na drewnianej ławeczce. Długo nic nie mówi, wreszcie się odzywa:

– Powiedz jeszcze raz, co to za kamień? – a babka Adelajda aż podskakuje z radości, że będzie mogła coś opowiedzieć o swoim domu.

– To jest brzoza – mówi szybko, ale wyraźnie, bo nie ma pojęcia ile Nyja wie o świecie. – Kiedy patrzę przez okno, widzę drzewo z białym pniem. Jesienią jego liście złocieją, wyglądają jakby rozświetlało je słońce. Za brzozą stoi płot, za nim biegnie droga, która prowadzi przez wierzby i pola do lasu, a później nad rzekę.

Nyja pochyla się nad obrazkiem, ale nie widzi nic oprócz drzewa.

– Nie widzę drogi – mówi smutno.

– Nie widzisz jej, bo jej tu nie ma, ja też jej nie widzę z okna, ale wiem, że tam jest i dokąd prowadzi, więc wystarczy mi brzoza, całą resztę mam tutaj – i pokazuje dłonią na serce.

Nyja przestaje na chwilę wiosłować. Trzyma wiosło jedną dłonią, a drugą sięga po kamień. Podnosi go na wysokość oczu.

– Piękne złote liście – mówi.

– Takie są jesienią – tłumaczy dalej babka Adelajda. – Zimą opadają, a wiosną znów wyrastają zielone, drobniutkie, jakby to były płatki kwiatów.

– Piękne złote liście – powtarza Nyja”.

W tej samej chwili płaczki wyszły z chaty Adelajdy, a przyjaciółki wróciły do swoich domów, i prapradziadek został sam w ciemnej izbie. Podszedł na palcach do łóżka ukochanej, rozejrzał się czy nikt nie patrzy i rozchylił jej blade palce ściśnięte wokół kamienia. Część płatków odkleiła się i przywarła do skóry. Pień z lepkiej mąki odrobinę się skruszył. Prapradziadek chwycił kamień i wsunął go sobie do rękawa.

„Nagle kamień wysuwa się z dłoni Nyi i wpada do wody” – opowiadała mi matka, kiedy siedziałyśmy w schronie, a ja pierwszy raz zapytałam ją o historię medalika. „Nyja wciąga wiosło, kładzie je w poprzek łodzi, i wychyla się, próbuje coś dostrzec w mętnej wodzie. Adelajda chce pomóc, ale rzeka jest ciemna i nieprzejrzana, po niczym nie można poznać czy dno jest daleko, czy blisko. Wydaje im się, że coś błysnęło w głębinach. Może to listki brzozy? Gdzieś w odmętach, tuż pod kadłubem łodzi. Nyja sięga więc znów po wiosło, odpycha lekko łódź i obraca ją, żeby łatwiej było sięgnąć dna.

– To chyba nasz kamień! – woła Adelajda. – Spróbuj go dotknąć wiosłem.

Nyja opuszcza wiosło tak głęboko jak się da, aż zanurza dłonie w wodzie, ale dno jest cały czas zbyt odległe.

– Może spróbuję po niego skoczyć? Umiem pływać – proponuje Adelajda, ale Nyi ten pomysł się nie podoba.

– Nie trzeba – mówi – kiedyś go znajdę. Piękne złote liście – dodaje po chwili.

Siada znów z wiosłem w dłoni, spogląda przed siebie i za siebie, nie ma teraz pewności w którą stronę płynąć. Oba brzegi są takie same, nie można ich rozróżnić. Mgła unosi się nad wodą i rozmywa kontury wszystkich rzeczy. Adelajda widzi to zakłopotanie, nic nie mówi. Kołyszą się w milczeniu na środku rzeki. Nyja nie wie co robić, nie umie ukryć drżących dłoni.

– Nyjo, nie martw się – odzywa się wreszcie Adelajda. – Przecież wiesz, że dotrzemy tam gdzie mnie pośle przeznaczenie.

Nyja kiwa głową i zaczyna odpychać łódź ciemnym wiosłem. Nie rozmawiają już, Adelajda kładzie się na drewnianej ławeczce, patrzy na chmury, które suną po szarym niebie i zasypia. Budzi ją Nyja:

– Jesteśmy u brzegu.

Adelajda wyskakuje z łódki, chwyta Nyję za rękaw.

– Dziękuję, Nyjo, gdziekolwiek jestem.

Wbiega ścieżką do lasu i wtedy już wie, że wróciła do domu, widzi z daleka wierzby i wioskę, i żałobny tłum pod swoją chatą. Odwraca się do Nyi i woła:

– Kiedy znów się zobaczymy, pokażę Ci wszystko, i płot, i drogę, i wierzby, i pory roku!

Podskakuje radośnie i biegnie do domu, nie czuje zimna ani zmęczenia, tylko radość, wielką dziecięcą radość z dotyku wiatru na policzkach. Przeciska się przez tłum kobiet w czerni, wpada do izby, kładzie na łóżku i zamyka na chwilę oczy, a później je otwiera, i wtedy widzą ją wszyscy, że wróciła ze świata umarłych, i krzyk szczęścia podnosi się nad chatą”.

Praprababka Adelajda przeżyła prawie sto lat, urodziła pięć córek, a później kołysała w ramionach wnuki i prawnuki. Kiedy ktoś opowiadał, że przechytrzyła Nyję, gniewała się, nie pozwalała tak mówić. I przez całe życie, dopóki wzrok jej na to pozwolił, zbierała nadrzeczne kamienie i rysowała na nich ogród i całą wioskę, o każdej porze dnia i roku, żeby opowiedzieć Nyi dokładnie jak wygląda ludzkie życie. Na łożu śmierci, zanim westchnęła po raz ostatni, powiedziała zapłakanej rodzinie:

– Nie martwcie się, może zaraz wrócę – i zaśmiała się do nich. – A jeśli nie wrócę, to obiecuję wam, że będę siedzieć w tej łódce i opowiadać i nie ruszę się z niej, dopóki nie przeżyjecie swojego życia, i już w tym moja głowa, żeby było jak najdłuższe. Zaczekamy na was wszystkich, na wasze dzieci i na ich potomków. Możecie być spokojni, Nyja się zgodzi, pomieścimy się wszyscy w tej łódce.

I umarła. Czekali trzy dni i trzy noce, ale nie wróciła. Pochowali ją razem z łańcuchem malowanych kamieni, które pewnie pokazuje teraz Nyi. Tu rośnie sosna, na której siada dzięcioł w karmazynowej czapeczce, tu płot z drewnianych żerdzi, latem pną się po nim malwy, jesienią dzieci wieszają na niej kiście jarzębiny. Dym nad chatą układa się w kształty zwierząt i miesza z mgłą znad pól. Niesiemy chrust z lasu, a babie lato plącze się nam we włosy. To dawna opowieść, tych miejsc już nie ma, ale nie wie o tym ani Nyja, ani praprababka.

Nie mam komu dać medalika, jestem już ostatnia. Łódź zapełnia się powoli, ale wiem, że dla wszystkich starczy miejsca, dostaliśmy przecież obietnicę. Czekają na mnie przy brzegu. Lekarz gładzi mnie po dłoni za każdym razem, kiedy mu to powtarzam.

– Piękna historia, Adelajdo – mówi, wpuszczając złociste kropelki do szklanki. Rozpływają się w wodzie jak złote brzozowe listki. Ręce trzęsą mi się już ze starości, ale podnoszę czasem szklankę przed siebie i patrzę to na nią, to na szpitalne okno, i gładzę medalik po zmatowiałym szkiełku.

z książki „Morze Północne i inne opowiadania”, Wydawnictwo Riderò, 2024

Dodaj komentarz