Genua

Kiedy wysiądziesz z pociągu i staniesz na kamiennej posadzce dworca, przez chwilę będziesz się wahał czy rzeczywiście dotarłeś do miasta, którego szukałeś. Dworzec w Genui wygląda tak, jak wszystkie inne dworce świata. Po niczym nie można rozpoznać, że właśnie z tych uliczek, z tego portu, wypłynął kiedyś z mapą Krzysztof Kolumb. Ty też będziesz musiał zejść jego śladem do portu. Wyjdziesz z dworca na szeroki plac z fontanną, która układa się w rozpięte żagle: to jedyny szeroki plac w mieście. Zaraz pochłonie Cię labirynt wąskich i ciemnych uliczek, które plączą się i przenikają, ale w którąkolwiek z nich skręcisz, przy którejkolwiek z nich się zgubisz, i tak wcześniej czy później doprowadzą Cię do portu.

Jeśli przyjedziesz o poranku, w chwili, gdy staniesz u wrót labiryntu, rybak wychyli się z łodzi i zaciągnie sieć, nie zwracając uwagi na kolorowe fasady portowych kamienic, które jak co dzień układają się za jego plecami w ogromne pudełko farb. Uliczki, którymi będziesz szedł, są wyłożone kamieniami; w deszczu są śliskie jak rybie łuski. Domy wydają się dryfować po nich przy mocniejszym wietrze, dlatego okna i drzwi powiązane są między sobą niekończącymi się sznurami mokrej bielizny i kolorowych żarówek. Dzięki temu unoszą się w miejscu, i nie schodzą poza linię portu, który bez nich straciłby swoją przeszłość i rację bytu.

Na maleńkich placach wznoszą się kościółki z ażurowymi dzwonnicami. Są tak mocno wtulone w ściany pobliskich domów, że słowa modlitwy przenikają przez tynk, mieszają się ze śpiewem gotujących kobiet, ze skrzypieniem pastowanych butów, z miłosnym oddechem na poddaszach, i wracają do ciemnych naw, prosto w usta księży w haftowanych szatach, którzy powtarzają je bezwiednie za ołtarzem, błądząc myślami po odległych przystaniach.

Idź dalej, bo rybak już skierował łódź na wschód, poprawia czapkę i nuci swoją liguryjską przyśpiewkę. Nie zatrzymuj się przy witrynach, łudzą bogactwem, zapachem Orientu, ale kryją w sobie pułapki dla serc i kieszeni. W żyłach sprzedawców płynie krew dawnych kupców, którzy potrafili okradać marynarzy ze wszystkich monet i ze wszystkich złudzeń. W wysokich oknach wróżki czytają z dłoni, ale im też nie ufaj, opowiedzą Ci o szczęściu, które unosi się na wyciągnięcie ręki, ale nie zdradzą Ci jak je schwytać.

Kiedy poczujesz zapach morza, pod Twoimi stopami wyrosną schody. Długie kaskady schodów, które prowadzą na sam brzeg. Na schodach wylegują się koty; w glinianych dzbanach leżą figi, a starcy kłaniają się wszystkim, życzą dobrego dnia i szczęśliwej podróży, wiedząc, że wszyscy jesteśmy tu tylko przejazdem. Port otworzy się nagle, tuż za ostatnim murem. Poczujesz na twarzy silny wiatr, a w nim ryby, wyspy, drewniane okręty.

Rybak zaniósł ryby do kamiennego domku nad samym brzegiem, przed drzwiami stoi stół, nad nim niebieski żagiel przywiązany do czterech słupów. Na stole żółta cerata, kilka szklanek. Z domku wyjdzie kobieta z karafką białego wina. „W samą porę”, zawoła do Ciebie pod słońce. Usiądziesz na starej, dziurawej ławie, spiętej miedzianą obręczą. Rybak wysypie z patelni prosto na ceratę pachnące świeże ryby, przyrumienione w oliwie z garścią ziół. Za chwilę będzie Was troje, dziesięcioro, cała przestrzeń wypełni się winem i śmiechem i głośnymi rozmowami, dzień będzie płynął dalej, ale Ty już nie będziesz o tym myślał, bo pod niebieskim żaglem wiszą na nitkach wycięte z kartonu gwiazdy, więc będziesz miał dla siebie i dzień, i noc, i rybackie opowieści, i port, z którego można wypłynąć w każdym kierunku świata.

 

4 myśli na temat “Genua

Dodaj odpowiedź do Pa Ko Anuluj pisanie odpowiedzi