Nie pamiętam już czy to była baśń, czy wspomnienie. W opowieściach Babci wszystko się mieszało: po królewskich ogrodach biegały dzikie konie, zamkowe komnaty wypełniał zapach kutii, gadające dywany przelatywały nad dachem jej ubogiej chatki; światy nakładały się na siebie w mgłach i śniegach małego kresowego miasteczka, i trudno je teraz porozdzielać. W każdym razie przy rynku stał niebieski dom, w którym mieszkały trzy siostry. Dom miał drewniane okiennice, które zimą były szczelnie zamknięte, i w ostatnią noc roku ktoś w te okiennice zapukał. Dziewczęta pobiegły do drzwi, przestraszone, uchyliły je trochę: do domu wleciał lodowaty wicher, zmroził im stopy, rozdzwonił się talerzami w kredensie. „Już idzie, już zaraz tu będzie!”, zaszeptał niskim, zimowym głosem. „Ma trzy podarunki, pierwszej poda najbogatszy, drugiej ni taki ni owaki, a trzeciej najbiedniejszy!”, i uciekł.
Po chwili dało się słyszeć czyjeś kroki: śnieg pękał, skrzypiał, skrzył się w świetle księżyca. Drogą szła Rodzanica, w bladych dłoniach dźwigała dary na kolejny rok życia. Przechodziła koło każdych drzwi: kto jej nie powitał nocą, znajdywał rano zawiniątko na progu, mógł je podnieść, albo zostawić przed domem, aż zmarnieje z wiosenną odwilżą. Dziewczęta ustawiły się przy wejściu, i z drżeniem serca czekały na swoje podarki. Nadeszła wreszcie, piękna, dumna, w wyszywanym kaftaniku, z porami roku we włosach. Podała zawiniątka, pokłoniła się, i poszła dalej.

Pierwsza z sióstr pochyliła się nad swoim darem, i aż podskoczyła z radości. Druga rozwinęła szmatki, i nie uśmiechnęła się, ani nie zasmuciła. Trzecia, zajrzała do woreczka, i gorzko zapłakała. Tak zaczął się rok, który przez dwanaście miesięcy przetaczał się nad miasteczkiem tumanami polnego kurzu, wędrującymi armiami, karawanami kupców i płatnych grajków. Pierwsza siostra pojaśniała, jej usta wyglądały, jakby zanurzyła je w soku z czarnych wiśni. Plotła szerokie warkocze nad czołem, i wiązała je wstążką. Piorąc koszule – nuciła wesołe melodie, zamiatając po wieczerzy – opowiadała zmyślone historie, a kto ich słuchał, śmiał się do łez. W sobotnie wieczory zakładała sukienkę, owijała się sznurem korali, i biegła za sad, na polanę, gdzie młodzi i starzy tańczyli, i opiekali na ogniu soczyste jabłka. A w chłodne noce wyciągała ze skrzyni świąteczny obrus, i haftowała na nim łąki przebiśniegów. Mówiła coś do nich, a one odpowiadały jej łagodnym kołysaniem bladych płatków.
Druga siostra miała skórę białą jak mleko, i miękkie usta, które rzadko układały się w uśmiech. Od święta plotła warkocze, ale na co dzień nie miała na to ochoty, zbierała poczochrane włosy w płócienny czepek i szła nad rzekę z koszem pełnym bielizny. Piorąc, zerkała na siostry, na odbicia ich twarzy w srebrnej wodzie. Kiedy sprzątała okruszki z podłogi, liczyła ile desek zamiotła, a ile jeszcze zostało. Chodziła na potańcówki, ale tylko kiedy ktoś ją długo i usilnie namawiał, wkładała wtedy sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, i drewniane korale, i obracała się w polkach i oberkach, aż jej się kręciło w głowie. Nadeszła chłodna pora, i długie wieczory przy stole – wyciągnęła wtedy ze skrzyni maleńki skrawek sukna, i wyszyła na nim swoje inicjały, a później obszyła tasiemką, i okrywała nim poduszkę.
Trzecia siostra zmarniała: jej oczy straciły blask, usta wysychały z każdym dniem coraz bardziej. Włosy się pokołtuniły, nie czesała ich, bo nie miała ich czym wiązać: w skrzyni leżała tylko jedna wąska wstążka. Męczyła ją każda praca, woda w rzece odmrażała jej dłonie, drzazgi z miotły wbijały się w skórę. Z zazdrością patrzyła na siostry, które ani słowem nie żaliły się na podobne sprawy. Kiedy wybierały się na tańce, ona zostawała w domu i patrzyła przez okno jak ich cienie przesuwają się na tle ognisk pod lasem. Nie miała w co się wystroić, wolała chować się w ciemnej izbie przed cudzym wzrokiem. W chłodne wieczory owijała się wełnianą chustą i siadała na ławie, w migoczącym świetle lampy: nie mogła nawet haftować, miała tylko jedną białą nić.
Zatrzepotało, zaświeciło, zgasło: znów minął rok. W ostatni wieczór dziewczęta uchyliły okiennice, żeby dostrzec ją z daleka, żeby zobaczyć jak wychodzi ze snu i idzie do nich po śniegu. Kiedy księżyc jaśniej zaświecił i na drodze ukazały się szaty Rodzanicy, dziewczęta zarzuciły na siebie kożuchy i wybiegły prosto w śnieg, boso, z puszczonymi luźno włosami. Stopy zapadały się głeboko w zaspy, oddech unosił się nad nimi jak śniegowe chmury. Piękna panna zatrzymała się, wyciągnęła do nich trzy zawiniątka. Pierwsza siostra zawołała: „Daj mi ten sam podarek co zeszłego roku, moje życie jest teraz szczęśliwe, smakuje jak kubek ciepłego miodu”. Druga siostra na to: „Daj mi choć na jeden rok ten najlepszy podarunek, żebym się nauczyła śmiać i śpiewać, i zasmakowała tego miodu, zamiast gorzkich naparów”. A trzecia w płacz: „Daj mi inny podarek niż przed rokiem, spędziłam cały rok patrząc jak moje siostry cieszą się życiem, sama nie mając nic, nie czując żadnego smaku, ani miodu, ani naparów, tylko chłodnej wody ze studni”.
A wtedy Rodzanica odpowiedziała: „Dziewczęta, siostry moje, jestem prządką, przędę czas, zamieniam go w nici, żyłki, wstążki. Nic innego nie umiem, i nie mam innych podarków. Każda z Was przeszłego roku dostała ode mnie to samo: białą nić, haftowaną wstążkę, i sznur korali”. Podała im znów trzy zawiniątka i odeszła w noc, a mroźny wicher przeleciał nad nimi, chichocząc, i rozwiewając im włosy.
Babcia opowiadała tę historię w ostatni wieczór roku, a później wkładała nam pod poduszkę drewniane koraliki, tasiemkę i szpulkę nici. Pościel pachniała krochmalem i snem. Do siego roku, Kochani! Niech nam smakuje jak ciepły miód. W zawiniątku dostaniemy wszyscy tyle samo: po trzysta sześćdziesiąt sześć dni.